Nieustraszony

Murmańsk, Baza Floty Północnej Związku Radzieckiego. 10 grudnia 1955 rok.

Ranek

Mroźny poranek nie zachęcał do wyłażenia z kwater oficerskich, ale rozkaz przyniesiony przez kuriera ze Sztabu Floty był jednoznaczny: „Z dniem 10.XII.1955 roku, kapitan pierwszej rangi Leonid Piotrowicz Markow obejmuje dowództwo niszczyciela „Nieustraszony”. Przejęcie obowiązków dowódcy na okręcie tego samego dnia, o godzinie 07:00. Podpisane, dow. Floty Północnej, Adm. Wieriszkin”. Jadąc przez mroźny, zaśnieżony Murmańsk przeglądałem dokumentację techniczną okrętu. Świeżo wprowadzona do służby, wiodąca jednostka nowego typu niszczycieli projektu 41, na papierze prezentowała się bardzo okazale. Mocne uzbrojenie torpedowe, w postaci dwóch pięciorurowych wyrzutni torped, kalibru 533 mm, o zasięgu 10 kilometrów i prędkości 65 węzłów, oraz uzbrojenie artyleryjskie w postaci dwóch, dwudziałowych wież, z lufami kalibru 130 mm i donośności 12,8 kilometra, które mogły razić również cele powietrzne. Wyszkolona załoga potrafiła strzelać co cztery sekundy, więc nieduża liczba luf była rekompensowana przez szybkostrzelność, a elektro – hydrauliczny napęd wież obracał je o 180 stopni w 10 sekund. Okręt dostał też potężne uzbrojenie przeciwlotnicze. Oprócz wspomnianych „stotrzydziestek” posiadał jeszcze dwa poczwórne działka kalibru 25 mm i cztery zdwojone kalibru 45 mm. Taka zapora ogniowa mogła skutecznie zniechęcić wrażych pilotów do nawiązania bliższej znajomości z naszą łajbą. Również uzbrojenie przeciw podwodne było potężne. Sześć miotaczy bomb głębinowych na rufie, oraz dwa tory minowe. Z coraz większą ciekawością wertowałem papiery. Prędkość maksymalna 37,8 węzła z możliwością krótkotrwałego przeciążenia siłowni i osiągnięcia ponad 41 węzłów. Duża dzielność morska, oraz kamuflaż który sprawiał, że okręt przestawał być widoczny już z 5,6 kilometra…

Samochód zatrzymał się przy bramie bazy, gdzie zmarznięty żołnierz z fioletowym otokiem KGB na czapce skrupulatnie sprawdził moje rozkazy, po czym zasalutował i wskazał kierowcy kierunek do właściwego nabrzeża.

Wyprężony marynarz u szczytu trapu spojrzał na moje papiery, po czym zasalutował i wskazał mi drogę – Towarzyszu dowódco, pierwszy oficer czeka na mostku, pańskie bagaże jeden z wachtowych zaniesie do waszej kajuty. Skinąłem mu głową – Spasiba, tawariszcz starszyna, uśmiechnąłem się lekko i podniosłem wyżej kołnierz płaszcza idąc w kierunku schodni na pomost bojowy. Przejście z rześkich dwudziestu pięciu stopni poniżej zera w przyjemne plus dwadzieścia na mostku było niezłym szokiem. – Lonia, stary morsie, a jednak to prawda, ze to ty obejmujesz dowodzenie! – Przypominający przerośniętego misia polarnego, kapitan drugiej klasy Wiktor Aleksandrowicz Muzzow zgniótł mnie w niedźwiedzim uścisku – cieszę się, że to ty! Po kilku sekundach ochłonąłem i wybuchnąłem głośnym śmiechem – Kruszynka Wiktor! Kopę lat, stary przyjacielu! – uściskałem serdecznie swojego zastępcę, który okazał się moim starym przyjacielem, jeszcze z Akademii. – Nikt mi nie powiedział, że będziesz moim zastępcą, stary draniu, dobrze cię widzieć, olbrzymie! Muzzow przedstawił mi pozostałych oficerów i szefa, starszego miczmana Łobunowa – My się poznaliśmy szefie, skinąłem głową podoficerowi. – Tak towarzyszu dowódco, jeszcze na „Gniewnym”, wtedy byłem głównym starszyną, macie towarzyszu dowódco świetną pamięć. – Jeszcze nie zramolałem, Misza, bez obawy – puściłem do niego oko – a jak nastroje wśród załogi? – Dobre, tylko towarzysz polityczny za bardzo daje się im we znaki… Skinąłem ze zrozumieniem głową i spojrzałem na pierwszego – A gdzież to się podziewa nasz politruk, co, Wiktor? – Pojechał do sztabu KGB po jakieś papiery, pewnie cię sprawdza – mruknął Muzzow, a z tonu jego głosu wywnioskowałem, że nie przepada za naszym oficerem politycznym. Uniosłem lekko brew – Szuja i kanalia jakich mało – warknął – ważniejsze są dla niego wytyczne partii i generalismusa, niż wyszkolenie i bezpieczeństwo załogi… Położyłem mu uspokajająco rękę na ramieniu – Spokojnie Wiktor, pogadam z nim. Przygotuj okręt do wyjścia – podałem mu rozkazy – niech nawigator wyznaczy kurs do tych współrzędnych, mamy się tam spotkać zresztą grupy. Wychodzimy z portu w samo południe. Wracajcie do zajęć.

12 grudnia 1955 roku, Północny Atlantyk. Godzina 1820.

Od czterech godzin szliśmy na prawym skrzydle grupy krążowników, jako okręt flagowy grupy osłonowej niszczycieli. – Co się dzieje – zapytał mnie pierwszy, kiedy czytałem szyfrogram z dowództwa – Czterdzieści mil na zachód stąd, zatonął nasz nowy okręt. Amerykanie i Brytole kręcą się w tamtym rejonie. Mamy ich utrzymać na dystans, nim dopłyną nasze jednostki ratownicze. Osłaniamy krążowniki. Mam nadzieję, że nie zaczną strzelać, bo to może wywołać wojnę… Cholera, dziesięć lat temu skończyliśmy jedną, a kolejna wisi w powietrzu…

Wyszliśmy z pierwszym na górny, odkryty pomost bojowy i zaczęliśmy, razem z wachtowymi przeczesywać lornetkami sektory wokół okrętu. – Radar do dowódcy! – zaskrzeczał głośnik. – Mów! – Duże okręty piętnaście stopni na prawą burtę! Idą dużą prędkością na przecięcie kursu naszej grupy! – Dziękuję radar, obserwuj i meldunki co pięć minut! – Skinąłem na pierwszego i zeszliśmy piętro niżej. Chwyciłem gruszkę mikrofonu – Uwaga załoga „Nieustraszonego”, mówi dowódca, ogłaszam alarm bojowy! Na stanowiska! Cokolwiek się wydarzy, wierzę, że spełnicie swój obowiązek wobec Radiny! – Odwiesiłem mikrofon – Nie teraz, Putin! – warknąłem do politruka, który podsuwał mi jakieś papiery – gdzie wasze stanowisko bojowe? – Wyrzutnia nr jeden, towarzyszu dowódco! – No to na co czekacie? Na oklaski?! Biegiem! – Tak jest, towarzyszu dowódco! – wrzasnął i wywiało go z mostka. Wyszczerzyłem się do pierwszego – Widzisz, Wiktor, rozmowa wychowawcza daje owoce… Wyszedłem z powrotem na górny pomost, zostawiając za sobą wijącego się ze śmiechu przyjaciela.

W oddali, przez lornetę widziałem potężne sylwety amerykańskich i brytyjskich krążowników. Dowódca naszej grupy ostrzegł przez radio okręty przeciwnika, że jeśli zbliżą się na 15 kilometrów, to otworzy ogień. Ze zdziwieniem zauważyłem, że Jankesi nadal idą stałym kursem. Nagle dziobowa wieża, idącego na naszym lewym trawersie krążownika „Moskwa” błysnęła ogniem, wypluwając salwę trzech pocisków, które przemknęły nad naszym okrętem z dźwiękiem przypominającym darcie płótna i pomknęły w stronę przeciwnika, by wylądować kilkanaście kabli przed dziobem prowadzącego okrętu. W tym samym momencie, okręty NATO wykonały zwrot i prowadzący, USS „Des Moines” odpalił salwę z całej burty. Pociski pomknęły prosto do celu, a idący trzeci w kolumnie „Donskoj”, aż zadrżał od dziobu po rufę, gdy uderzyły w jego śródokręcie. Od razu wybuchły pożary, a okręt zaczął zauważalnie zwalniać. – Maszynownia, alarmowa naprzód! – ryknąłem do mikrofonu – ster lewo, kurs na zbliżenie!, gotowość na aparatach torpedowych! Radio, przekazać na niszczyciele: „atakować indywidualne cele, powodzenia!”, do dowódcy zespołu: „Ruszam z niszczycielami do ataku, niech żyje Radina! Niech żyje towarzysz Stalin! Kpt. 1 Klas. Markow”.

Okręt położył się w ostrym zwrocie i aż przysiadł na rufie, gdy śruby zaczęły mielić wodę, popychając go w kierunku wroga z prędkością 42 węzłów. Koło mnie wyrósł pierwszy z termosem, w którym miło bulgotała gorąca herbata zaprawiona spirytusem – Co ci Jankesi wyprawiają?! – zawołał przekrzykując grzmot dział naszych krążowników i huraganowy wiatr – chcą wywołać wojnę?! – Nie nam to oceniać, Wiktor, zaatakowali nas, musimy bronić naszych okrętów, dobrze to wiesz… Nasz okręt szedł pełną parą – Pancernik „Iowa”, 12 kilometrów, pięć stopni na sterbort! – Skorygować kurs, aparaty torpedowe, na ośmiu kilometrach salwą z obu aparatów! – Taaa jeest! SZUUFFF, dziesięć cygar uderzyło w wodę i rozpoczęło swój śmiercionośny bieg w kierunku burty wielkiego okrętu – Ster na bakbort, położyć dym! – Okręt aż zatoczył się gdy płetwa sterowa poleciała na lewą burtę, równocześnie w maszynowni puszczono więcej oleju, i gęsty dym skrył nas przed oczami wroga. Cztery eksplozje zasygnalizowały nam, ze część naszych torped dosięgła celu. Wielki okręt został ciężko uszkodzony. Stracił prędkość i zaczął przegłębiać w kierunku rufy. Nagle z dymu wypadł płonąc od dziobu po rufę „Grozovoi”. Kilka sekund później kilometr dalej zamajaczył amerykański niszczyciel „Fletcher”, który, kiedy nas zauważył, przeniósł ogień z płonącego niszczyciela na nasz okręt. Wykonaliśmy ostry zwrot, chcąc schować się na powrót w dymie, gdy kilka pocisków rozniosło na strzępy rufową wieżę artyleryjska i zniosło miotacze bomb głębinowych. – Torpedy gotowe! – Usłyszałem ryk Putina – Dowódco, dwa stopnie w lewo! – machnąłem ręka i wrzasnąłem do sternika – Ster lewo, natychmiast! – Zwinne ręce zakręciły kołem, którego szprychy zlały się w jedno. SZUUUUFFFF!!! Pięć torped wyskoczyło z rur wyrzutni i pomknęło w kierunku odległego o jakieś osiemset metrów, wrogiego niszczyciela. Jankes, zajęty masakrowaniem rufy naszego okrętu ze swoich dział, nie miał czasu na reakcję… W potężnym błysku amerykański niszczyciel przestał istnieć. Kiedy pozbierałem się z pokładu, o który rzucił mnie podmuch eksplozji, poszukałem wzrokiem przyjaciela. Ten stał w szerokim rozkroku i z niesmakiem na twarzy wyciągał sobie odłamek z ramienia. Spojrzał na mnie i wyszczerzył się zawadiacko – No, ale herbatka nie ucierpiała! – Rozejrzałem się po polu bitwy. Dwa nasze krążowniki mocno dymiły, przy czym, pierwszy trafiony „Donskoj” mógł się jeszcze utrzymać na powierzchni maksymalnie pół godziny. „Grozovoj” właśnie przewracał się do góry stępką, a „Chabarowsk” miał mocno poharatany kadłub i nadbudówki. Jankesi też się wycofywali. „Iowa” już tonęła a trzy krążowniki były mocno uszkodzone. – Cóż, Wiktor, niech teraz politycy sprzątają to bagno… – mruknąłem i zszedłem na pokład oszacować uszkodzenia…

UWAGA!!! Wszystkie wydarzenia i postacie są tylko i wyłącznie wytworem chorego mózgu autora i nie należy ich brać za „fakty historyczne”! 😉

Podsumowanie, czyli „Nieustraszony” okiem Lexa.

Okręt (w tej konfiguracji, w jakiej go testowaliśmy, gdyż teraz są wprowadzane zmiany), wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Dobra manewrowość i nie najgorszy kamuflaż oraz mocne torpedy to jego niezaprzeczalne atuty. Do wad zaliczył bym małą ilość dział. Jak lubisz gunboaty, to raczej Ci się, drogi Czytelniku nie spodoba. Mi, który uwielbia torpedować, okręt spodobał się niemożebnie i polecam go wszystkim wielbicielom torpedoboatów. Jak dostaniemy poprawioną wersje do testów, to pierwsi dowiecie się o naszych odczuciach!

Do zobaczenia na cyfrowych akwenach!!!

W sowieckiego oficera wcielił się Paweł Lex Lemański

Lex

Były żołnierz, fascynat broni palnej, marynista, historyk (Barula twierdzi, że "histeryk" ;) ), rekonstruktor historyczny. W redakcji wprowadzam totalny chaos i zamieszanie (Lex, gdzie te recenzje??!!), i notorycznie wkurzam kolegów - redaktorów.

2 komentarze

  1. Srutin pisze:

    Bla bla, Gim-grafomanskie wypociny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.