Nadciąga „Orkan”!

3 maja 1943 rok. W pobliżu Nowej Gwinei

Otworzyłem oczy i zaspanym wzrokiem spojrzałem na pierwszego oficera, który energicznie potrząsał moje ramię – Dzięki, Jan, właśnie śniły mi się dwie, pełno mleczne blondynki, kiedy nagle zaczęła mnie szturchać koparka… – Komandor podporucznik Jan Nowicki wyszczerzył się w serdecznym, słowiańskim uśmiechu i podał mi buty – Wybacz, dowódco, kazałeś się obudzić, jak będziemy mijać Port Moresby, a właśnie mamy go na trawersie lewej burty. Wzułem buty i zwlokłem się ociężale z koi – w porządku, zastępco, chodźmy na pomost, wszędzie lepiej, niż w tym cholernym piekarniku…

Weszliśmy na pomost bojowy naszego niszczyciela, który, zgodnie z tradycją Brytyjczyków był otwarty. – Baczność, dowódca na mostku! – Machnąłem ręką i uśmiechnąłem się ze zmęczeniem – Spocznij, nie przeszkadzajcie sobie. – Podszedłem na lewe skrzydło pomostu i spojrzałem na termometr. Pomimo wczesnego ranka, pokazywał solidne 32 stopnie Celsiusza. Jęknąłem w duchu i oparłem się o pancerny reling mostka. W odległości pięciu mil, widać było wejście do portu, będącego obecnie wysuniętą bazą Royal Navy na Pacyfiku. Od trzech tygodni byliśmy w rejsie z Anglii do tego właśnie miejsca, gdzie mieliśmy otrzymać nowe rozkazy. Popatrzyłem z dumą na okręt, nie była to wprawdzie „Błyskawica”, ale łajba miała piękne linie i nawet stojąc na kotwicy wyglądała, jak by rwała się do boju. Okręt był nowiutki, przyjęliśmy go od Brytoli w grudniu, poprzedniego roku. Zgodnie z tradycją nazywania naszych niszczycieli od zjawisk atmosferycznych, ten dostał imię „Orkan” i numer burtowy G-90. Jednostka była świetnie uzbrojona. Sześć armat kalibru 120 milimetrów o zasięgu maksymalnym 11,6 km, rozmieszczono w trzech, dwu działowych wieżach (dwie w superpozycji na dziobie i jedna na rufowej nadbudówce). Po wzmocnieniu obrony przeciwlotniczej o działo kal. 102 milimetry, została jedna, czterorurowa wyrzutnia torped o zasięgu 12 kilometrów. Małą ilościowo salwę rekompensowała szybkość torped – całe 80 węzłów. Jako, że naszym głównym zadaniem miała być ochrona konwojów i dużych grup bojowych, dużą wagę położono na obronę przeciwlotniczą. Oprócz artylerii głównego kalibru (uniwersalnej) i działa 102 milimetry, okręt uzbrojono w sześć pojedynczych działek kalibru 20 milimetrów i sprężone, czterolufowe działko kalibru 40 milimetrów, które ustawiono na nadbudówce za kominem. Dzięki potężnym turbinom i dwóm śrubom, okręt mógł się rozpędzić do 36,8 węzła, co, zważając na ilość złomu, jakim go wypakowano, było całkiem niezłym wynikiem.

Moje rozmyślania przerwało pojawienie się motorówki z portu, na której zauważyłem dwóch oficerów. Jednego z Royal Navy, a drugiego z Marynarki USA. – Pierwszy, zaproś naszych gości do mesy oficerskiej, tam przynajmniej klimatyzacja działa…

Dwóch alianckich oficerów weszło do messy i zdjęło czapki – Komandor Swansson, RN, a mój kolega to komandor Kelly z US Navy – Uścisnąłem ich dłonie – Komandor Smuga, Marynarka Wojenna RP, w czym możemy służyć naszym drogim Aliantom? – Z uśmiechem wskazałem miejsce przy stole, na którym po chwili pojawiła się kawa, herbata i butelka szkockiej. Swansson wyjął z teczki plik dokumentów oznaczonych pieczęcią „TAJNE”, po czym podał mi je nad blatem – Obejmie pan, komandorze dowództwo nad dywizjonem niszczycieli. Dostanie pan HMS „Lightning” i dwa niszczyciele amerykańskie, USS „Benson” oraz „Fletcher”. Szczegóły operacji ma pan w dokumentach, dowódcy zameldują się na „Orkanie” za pięć godzin na odprawę. Wychodzicie w morze jutro po zmroku. Do tego czasu musicie zamalować numer taktyczny na burtach, a nasi dokerzy położą wam nowy kamuflaż, proszę przejść do portu, pirs numer sześć. Skinąłem na pierwszego – Słyszałeś, Jan? Wykonać. Panowie – spojrzałem z uśmiechem na gości – nie musicie się męczyć w motorówce, podrzucimy was, a na razie, może po szklaneczce? – Kelly wyszczerzył się i zapytał po polsku – A nie ma pan, komandorze polskiej wódki? – Z kamienną miną wstałem i poszedłem do swojej kajuty, gdzie miałem kilka butelek, pędzonego przez głównego mechanika bimbru z ziemniaków. – Cóż, panowie – mruknąłem siadając z powrotem za stołem w messie – na pohybel skur…nom, jak mawiamy w Polsce…

5 maja 1943 roku, gdzieś na Pacyfiku.

Okręty szły w szyku torowym z prędkością marszową 20 węzłów, żeby oszczędzać paliwo. Po raz drugi pochyliłem się nad ekranem radaru, połyskującego zieloną poświatą w zaciemnionym pomieszczeniu. – Mówię, panu, komandorze, jestem pewien, że było jakieś echo, dwadzieścia pięć stopni na bakburtę, niech mnie pochlastają tępą brzytwą, ale wzrok jeszcze mam dobry! – Uspokajająco położyłem mu dłoń na ramieniu – Oddychaj, Barański, wierzę ci całkowicie, pilnuj radaru, ok? – Odwróciłem się do pozostałych stanowisk – Na wodzie nic nie widzicie? – Nie, dowódco, poza naszymi przyjaciółmi cisza i spokój. – Nachmurzyłem się i ruszyłem na mostek – Barański, jak jeszcze raz zobaczysz te echa, to daj mi znać na pomost, dobrze? – Nie odrywając oczu od ekranu skiną głową – Się wie, panie komandorze! – Z rezygnacją pokręciłem głową, chyba nigdy nie nauczę go regulaminowego odzywania się do oficerów, ale był to najlepszy operator radaru przestrzeni powietrznej, jakiego znałem i za cholerę bym go nie oddał, cóż, jakoś trzeba to będzie trzeba ścierpieć, a co ważne, chłopak był genialnym inżynierem, gdyby nie wojna, studiował by dalej na MIT, w swojej drugiej ojczyźnie, ale jak tylko wybuchła wojna, rzucił studia, i przypłynął do Anglii, żeby zaciągnąć się do polskiej Marynarki. Wbiegłem na pomost i stanąłem z mocną, morską lornetką, którą zacząłem lustrować niebo w podejrzanym sektorze. – Widać coś? – Nowicki podszedł do mnie z kubkiem mocnej herbaty – Nic nie widzę, ale nauczyłem się już, żeby nie lekceważyć ostrzeżeń Barańskiego. Ekran w sumie pusty, ale chłopak się zastrzega, ze w tym sektorze coś jest… – Dowódco, od północnego wschodu idą chmury, gęste! – Wachtowy wskazał ręką. Skinąłem głową i chwyciłem za mikrofon interkomu – Uwaga załoga, alarm przeciwlotniczy, załogi dział na stanowiska, to nie są ćwiczenia, powtarzam, to nie są ćwiczenia! – odwiesiłem „gruszkę” i spojrzałem na sygnałowego – przekaż to na pozostałe okręty! – Tak jest! – Młody mat podbiegł do aldisa i zaczął mrugać w kierunku pozostałych okrętów z prędkością karabinu maszynowego Vickersa. – Zauważyłeś coś? – Pierwszy stanął obok mnie i również zaczął przeczesywać niebo przez szkła lornetki – Nie, ale nie podobają mi się te chmury, na tym kierunku Barański coś wypatrzył – Radar do dowódcy! – zaskrzeczał głośnik. Chwyciłem mikrofon – no, co tam Barański? – Mam duże zakłócenia, panie komandorze, ale na sto procent zbliża się do nas grupa samolotów, z tego kierunku co wcześniej! – Jesteś moim osobistym Bogiem elektroniki, Adaś, pilnuj tego echa! Ster, wejść na kurs 345, sygnalista, przekazać na pozostałe okręty, iść za mną, ścieśnić formację! – Po kilku minutach usłyszeliśmy niskie buczenie silników lotniczych, a w oddali pojawiły się samoloty. Początkowo były małymi punkcikami na tle błękitu nieba, ale bardzo szybko przybrały postać japońskich bombowców pokładowych Nakajima B6N. – Wszystkie działa, OGNIA! – Pierwsze ryknęły stodwudziestki, po nich stodwójka, a następnie czterdziestki i dwudziestki. Pozostałe okręty również nie próżnowały, i w stronę wrogich pilotów poleciała prawdziwa ulewa ognia i stali. Trzeba przyznać, że potomkowie samurajów musieli mieć jaja wielkości arbuzów, gdyż nie zważając na ogień ruszyli do ataku. Na ich nieszczęście, nie docenili przeciwnika i dymiące wraki posypały się do morza – Meteo zapowiadało deszcz Japońców? – Pierwszy w zadumie patrzył w niebo, z którego w stronę wody, kołysząc się opadały dwie czasze spadochronów z podczepionymi pilotami – Maszyny stop, spuścić łódź i podjąć jeńców, przekazać na pozostałe okręty, że bierzemy do niewoli dwóch pilotów wroga. Lepiej, żeby nie wpadli w ręce Jankesów, nie pałają do Japsów specjalną miłością… – mrugnąłem do pierwszego i podszedłem do aldisa. – Broński, nadaj na pozostałe okręty: Po podjęciu rozbitków, „Fletcher” płynie ze mną, „Benson” i „Lightning” wrócić na poprzedni kurs i kontynuować rejs z prędkością 15 węzłów. Wykonać.

Okręty szły z prędkością 30 węzłów – Barański, mas coś? – Nie, panie komandorze, ale mamy coś na powierzchni, duże bydlę, pancernik albo lotniskowiec, jakieś 35 mil od nas! – Zrozumiałem! Przekazać Jankesowi: Przygotować aparaty torpedowe, potencjalny cel trzydzieści mil przed dziobem! – Tak jest! – Sygnalista zaczął znęcać się nad biednym Aldisem, gdy obserwatorzy zaczęli wrzeszczeć ile sił w płucach, pokazując wyciągniętymi rękami przed dziób. Jak na komendę podnieśliśmy z pierwszym do oczu lornetki – W oddali majaczył potężny lotniskowiec, który najwyraźniej jeszcze nas nie zauważył. – Ale bydlę, co to jest? – Pierwszy wertował książkę z sylwetkami okrętów i co chwilę zerkał przez lornetkę – „Shokaku”, mamy więcej szczęścia niż rozumu! – Spojrzałem na niego krzywo – Taaa, a pomyślałeś, że na pewno jest tu gdzieś jego osłona, nie możliwe, żeby ryżojady były aż tak głupie… A, właśnie, wyciągnęliście coś z jeńców? – Niestety nie, nawet jak postraszyliśmy ich, że oddamy ich Jankesom, to tylko się na nas popatrzyli, tak, jak byśmy im cesarza skrzypcami zabili, cholerne samuraje, psia mać… – W porządku, przygotować się na aparatach! Przekazać na „Fletchera”, na 10 kilometrach zwrot na prawą burtę i rzucić torpedy, jest pochmurno, może nas nie zauważą, a ich radary nie są szczytem techniki, przynajmniej tak mówi wywiad. – Jan popatrzył na mnie i podniósł pytająco brew – A od kiedy wierzysz wywiadowi? – Nie wiem Jasiu, może od czasu jak znaleźli jamnika admirała? – Taaa… – mruknął Nowicki – Znaleźli, po tym jak go rozjechali cholernym Jeppem…

Głośny szum sprężonego powietrza i cztery torpedy uderzyły w powierzchnię wody, by po chwili ruszyć w kierunku bezbronnej burty nieprzyjaciela, który nawet nie podejrzewał naszej obecności. W kilkanaście sekund później, również jankeskie rybki powędrowały w kierunku wroga. Trzy potężne eksplozje rozniosły się echem po wodzie a potężne słupy wody sięgnęły pokładu startowego. Potężny lotniskowiec zaczął robić zwrot, gdy kolejne sześć rybek, tym razem amerykańskich dopełniło dzieła zniszczenia. Kolos zaczął gwałtownie wytracać prędkość, coraz bardziej kładąc się na prawą burtę. Nic już nie mogło mu pomóc, po dziesięciu minutach na powierzchni nie było już śladu wielkiej jednostki. Nagle z dymu wyłonił się plując ogniem z dziobowych dział krążownik – „Mogami”! Przeładowywać te cholerne wyrzutnie! – darł się pierwszy, a ja doskoczyłem do mikrofonu łączącego mnie z centralą ogniową – Wszystkie działa na lewą burtę, zasypać skur…a ołowiem! Cała naprzód!!! – Okręt aż przysiadł na rufie przyspieszając gwałtownie, a japońskie pociski wzbiły fontanny wody w naszym kilwaterze. Również „Fletcher” otworzył ogień ze swoich dział. Japończyk zaczął robić zwrot, by wprowadzić do gry również rufowe działa, a w tym czasie nasze i amerykańskie działa masakrowały jego nadbudówki wyrzynając marynarzy i wzniecając pożary. Nagle tuż koło naszej burty z wyciem przeszły torpedy wystrzelone przez Jankesów i literalnie urwały przeciwnikowi dziób. Zobaczyłem, że „Fletcher” robi zwrot i stawia zasłonę dymną, nie tracąc czasu na wydawanie rozkazów, skoczyłem na ster i obróciłem go do oporu w prawo, a nasz okręt skrył się w dymie. – Raczej za nami nie popłyną, radia też nie użyją, ani radaru, jedna z salw zniosła mu maszt, więc jest ślepy i głuchy, a z takimi uszkodzeniami, jak nie zatonie, to ledwo się doczłapie do bazy – powiedział z szerokim uśmiechem pierwszy. – Przekazać do drugiego niszczyciela, wracamy do naszych, reszta czeka!

C.D.N.

Wszystkie postaci są fikcyjne, a powyższe wydarzenia nigdy nie miały miejsca!

ORP „Orkan” – jaki jest?

Cóż, prawdziwy „Orkan” został, jako nowo wybudowany niszczyciel przekazany PMW 3 grudnia 1942 roku. Podczas jednej z misji, przewoził trumnę z ciałem Naczelnego Dowódcy PSZ na Zachodzie z Gibraltaru do Anglii. 8 października 1943 roku płynący w eskorcie konwoju SC-143, ORP „Orkan”, został zatopiony torpedą przez niemiecki okręt podwodny U-378. Wraz z okrętem zginęło 178 polskich marynarzy i 20 Brytyjczyków. Była to najdotkliwsza strata, jeżeli chodzi o liczbę ofiar, polskiej Marynarki Wojennej podczas II Wojny Światowej.

W grze okręt jest bardzo przyjemny. Niezwykle celne działa, które strzelają co 4,5 sekundy bardzo ładnie podpalają przeciwników. Jak już napisałem wcześniej w tekście, okręt ma tylko jedną, poczwórną wyrzutnię torpedową, ale z modyfikatorami, torpedy osiągają 80 węzłów i są dość trudne do wymanewrowania. Boli trochę brak dymu, ale rekompensuje go radar, który wykrywa cele z odległości 7,5 kilometra, a także „naprawka” i dopalacz. Po założeniu wszystkich możliwych modyfikatorów, wykrywalność okrętu wynosi 5,5 kilometra, a więc pupy nie urywa, ale też nie jest najgorzej 😉 Łajba jest dosyć zwrotna, więc potrafi zakręcić tyłkiem jak baletnica na orgii i wyminąć wraże torpedy.

Podzieliłem opowiadanie na dwie części, gdyż właśnie dostaliśmy okręt do dalszych testów, więc jak tylko je zakończę, to zobaczymy, gdzie dalej pogna komandorów Smugę i Nowickiego, oraz, czy uda im się wrócić do portu.

Do zobaczenia na cyfrowych wodach!

Paweł Lex Lemański

Lex

Były żołnierz, fascynat broni palnej, marynista, historyk (Barula twierdzi, że "histeryk" ;) ), rekonstruktor historyczny. W redakcji wprowadzam totalny chaos i zamieszanie (Lex, gdzie te recenzje??!!), i notorycznie wkurzam kolegów - redaktorów.

13 komentarzy

  1. Januż pisze:

    5,5km pupy nie urywa… człowieku co Ty piszesz. Lepsze i zarazem najlepsze kamo w grze to 5,4km. Jak już czynisz tą swoją grafomanie to nie komentuj tego co okręt robi w grze bo nie masz pojęcia o czym w ogóle piszesz.

  2. Anonim pisze:

    A gdzie Wilmowski ?

  3. robertunio pisze:

    Moglobybyc opowiadanie bardziej realistycznie osadzone w realiach wows – o tym jam orkan walczy z kremlinem moskva stalingradem i smolenskiem I ostatecznie ginie od lenina. 😁

    • Lex pisze:

      Miej Pan litość 😀 Lubię pisać fikcję, ale since fiction, to nie moja działka 😉 😀

      • Anonim pisze:

        I słusznie, historia okrętu jest ciekawa, nie ma czego nakręcać.. Zamiast drugiego zestawu wyrzutni torpedowych ORP Orkan miał charakterystyczną pojedynczą armatę 102 mm, która służyła m. in. do wystrzeliwania flar oświetlających w czasie akcji przeciw uboot-om w warunkach ograniczonej widzialności. To obok tej armaty stał katafalk z trumną ze zwłokami gen. Sikorskiego, które Orkan przywiózł z Gibraltaru.
        Zwykle przy wprowadzeniu nowej gałęzi okrętów do gry w drugim etapie jest do wygrania za misje premka. Ostatnio był to HMS London w przypadku brytyjskich krążowników. Dla europejskiej gałęzi, o ile jestem dobrze zorientowany, premki szóstego tieru nie ma… Czyżby można było wygrać ORP Orkan, tak jak było to z HMS Cossack (tier VIII) w przypadku tamtych niszczycieli. Zobaczymy wkrótce…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.