USS „Ohio”

Pacyfik 15 lipca 1944 godz. 1730
 
 
Kolejny potężny wstrząs rzucił nami o pokład – Co ja tutaj robię do ciężkiej cholery?! – jęknąłem w myślach, drałując na czworakach w poprzek mostka – Pierwszy! Raport! – podciągnąłem się do pozycji w miarę pionowej i nerwowo szukałem wzrokiem swojego zastępcy. – Raport, raport… daj się człowiekowi pozbierać, dowódco… – Wygrzebał się spod stosu map, logów i danych nawigacyjnych, pod którymi leżał i podszedł do stołu nakresowego. Chwilę szukał mikrofonu, który wreszcie znalazł pod „Moby Dickiem” nawigatora – Uwaga, tu pierwszy, proszę raport o uszkodzeniach! – Maszyny i ster sprawne, uszkodzone kilka stanowisk przeciwlotniczych i zablokowana wieża nr 4! – Spojrzałem zdumiony na równie zaskoczonego zastępcę – Greg, mi się zdawało, czy walił do nas „Yamato”? Po takim trafieniu wieża powinna udać się na spacer, a nie zablokować! – Komandor porucznik Gregory Starford wzruszył ramionami – Może ryżojady za dużo sake przed bitwą wypiły, to i z celnością problemy? – zasugerował. – Dobra, prowadź nas między tymi wyspami, nasze echo radarowe zlewa się z tłem, może się chwilę ukryjemy, ja idę na rufę. Pierwszy oficer przejmuje dowodzenie! – Obsada pomostu już wróciła na swoje stanowiska, a okręt z połową mocy przemykał się przez archipelag niedużych wysp.
 
Schodząc po schodniach w kierunku pokładu rozmyślałem o okręcie, który oddano pod moje rozkazy. USS „Ohio” zaczęto budować na początku 1941 roku, a oddano do prób w grudniu 1943 roku, dowodzenie objąłem w lutym 1944. Okręt był piękny. Zrezygnowano z trzydziałowych wież na rzecz dwudziałowych, dzięki czemu ustawiono ich cztery. Miałem więc do dyspozycji osiem dział o potężnym kalibrze 457 milimetrów, największym w US Navy. Zasięg dział wynosił 25,1 kilometra, co było niezłym wynikiem. Na bliskich dystansach okrętu broniło dodatkowo dwadzieścia dział kalibru 127 mm, rozmieszczone w dziesięciu wieżach. Projektanci postawili duży nacisk na obronę przeciwlotniczą. 40 działek 20 milimetrów, 40 działek 40 milimetrów, 16 dział 76,2 milimetra i oczywiście działa 127 milimetrów. Poprzedniego dnia o skuteczności tych dział i naszyk artylerzystów boleśnie przekonali się japońscy piloci, którzy stracili trzy z czterech eskadr bombowców i torpedowców, które próbowały nas ugryźć… Wyszedłem na pokład i zacząłem iść w stronę rufy. Wyjrzałem za burtę, poniżej potężnego pasa pancernego przesuwała się woda. Szybko oceniłem naszą prędkość na 12 węzłów, skinąłem z zadowoleniem głową, okręt mógł iść z maksymalną prędkością 28 węzłów, ale między wyspami nie było po co szaleć, a załoga potrzebowała czasu na dokonanie napraw. Wreszcie dotarłem na rufę, gdzie kilkunastu marynarzy pod wodzą bosmana – szefa waliło w coś młotami. – Jak to wygląda, szefie? – Klnący z upodobaniem po polsku szef uniósł ze zdziwieniem głowę – Pan tutaj, panie kapitanie? – A gdzie mam być, jak ze swoimi wesołymi piratami demolujesz mi działa, co? – Machnąłem ręką do stojących na baczność chłopaków – Nie przeszkadzajcie sobie… – wrócili do pracy a ja z zaciekawieniem patrzyłem na obiekt, który wbił się między wieżę, a pokład. Zerknąłem pytająco na Johna Baranskiego, pieszczotliwie nazywanego przez załogę (oczywiście jak tego nie słyszał) polskim zdrobnieniem „Jaś”. – Co to do ciężkiej cholery jest? – Pamięta pan, kapitanie ten wstrząs? – ten po którym pocałowałem pokład? Nie pamiętam… – mruknąłem z przekąsem – Jaś wyszczerzył zębiska w uśmiechu – No, właśnie ten. Naszym żółtym przyjaciołom coś się pomyliło i na nasze szczęście zamiast przyłożyć nam z przeciwpancernego, przypalantowali odłamkowym. Ten kawał to część skorupy, pewnie z czterysta kilo, ale zaraz go wyjmiemy. Mniejsze już poszły za burtę. Załogę w wieży trochę ogłuszyło, ale poza tym ok. Aha, rozwaliło nam prawoburtową katapultę – wskazał kciukiem przez ramię – i zniosło jedno stanowisko dwudziestek, na szczęście załogi nie było… – Klepnąłem go w ramię z zadowoleniem, gdy nagle rąbnięty przez ponad dwumetrowego olbrzyma kawał skorupy wystrzelił spod wieży i rąbnął ciężko o pokład. Marynarz, który stracił równowagę, komicznie zamachał w powietrzu rękami i z głośnym okrzykiem „o kuuurr…aa!!!” przydzwonił czołem o pok wieży. Uniosłem w zadumie brew – Jasiu, ciekawy jestem, ilu oprócz nas dwóch jest jeszcze na tej łajbie Polaków? – powiedziałem ze śmiechem po polsku i ruszyłem z powrotem na mostek – Na sto procent jeszcze kilku, kapitanie Smuga! – odkrzyknął rechocząc i wrócił ze swoimi ludźmi do roboty.
 
Wróciłem na mostek. – Admirał Green do ciebie! – zawołał pierwszy pokazując mi na słuchawki które trzymał w dłoni. Pospiesznie ruszyłem w jego kierunku. Admirał Joseph Adalbert Green trzeci, dowódca naszej Task Force 2, urzędował na lotniskowcu USS „Midway” i bardzo nie lubił czekać… – Kapitan Artur Smuga, panie admirale! – No nareszcie! – zaskrzeczał w słuchawkach nosowy głos naszego wodza – Gdzie się pan podziewa, miał pan do nas dołączyć piętnaście godzin temu! – Przepraszam panie admirale, nasze niszczyciele eskorty doznały poważnych uszkodzeń podczas sztormu i wróciły do Pearl, a my natknęliśmy się na „Yamato”, trochę nam przyłożył, ale już usunęliśmy usterki. Jeżeli te echa na południe od wysp to nasze okręty, to jesteśmy 30 kilometrów od was, a Japońce będą jakieś 40 kilometrów na północny zachód od naszej grupy. – w eterze zapadła chwilowa cisza i niemal widziałem jak w głowie Greena szybciutko obracają się trybiki – W porządku, kapitanie, rozwijamy szyk do natarcia i we wskazanym kierunku posyłam samoloty. Proszę ruszyć kontrkursem do przeciwnika i związać go walką do czasu nadejścia głównych sił! – Yes, sir! – zdjąłem słuchawki i siadłem w swoim fotelu po prawej stronie mostka. – Kurs prosto na zachód, wszystkie działa załadować przeciwpancernymi i skierować na prawą burtę, cała naprzód! – Okręt opłynął ostatnią wyspę i zaczął nabierać prędkości. – Samoloty z lewej burty! To Zera! – Obsady dział przeciwlotniczych rozpocząć ostrzał! – Równocześnie w odległości dwudziestu kilometrów zamajaczyły potężne sylwety okrętów. – Pięć stopni w lewo! Ster zero, centrala, cel pierwszy okręt w szyku, OGNIA! – nasze osiem dział ryknęło, jedno po drugim wysyłając ważące tonę piguły w kierunku wroga. – Obramowanie! Ogień ciągły, zasypcie skurkowańca ołowiem! – Co dwadzieścia pięć sekund nasze pociski wylatywały w kierunku wroga, trafiając w pokład, burty, nadbudówki. Zamieniając w sterty złomu piękny jeszcze przed chwilą, ciężki krążownik „Ibuki”, oraz wybijając jego załogę. – Cesarz raczej nie będzie zadowolony, co? – rzuciłem w przestrzeń i obaj z pierwszym wybuchnęliśmy radosnym, złym rechotem. Po kolejnej salwie, jeden z naszych pocisków musiał trafić w któryś z magazynów amunicyjnych Japończyka, bo ten nagle wziął i eksplodował. Równocześnie przed naszym dziobem wyrosły potężne gejzery wody. – Ster lewo na bort, cała naprzód! – ryknąłem, a nasza centrala artyleryjska namierzyła „Yamato”, który dymiąc z luf, wyłonił się niecałe dwanaście kilometrów od nas. Lufy naszych dział rzygnęły ogniem, a ponad osiem ton demokracji z ponaddźwiękową prędkością zameldowało się w burcie samuraja. – Ster prawo, dziobem do drania! – ryknąłem i złapałem się kurczowo fotela, gdy jeden z 460-cio milimetrowych pocisków „Yamato” zrykoszetował od wieży numer dwa i przeleciał w odległości pół metra od okien pomostu, wesolutko furkocząc. Dziobowe wieże ryknęły i cztery pociski przyładowały w pomost japońskiego pancernika wybijając całe dowództwo. W tym samym momencie pojawiły się nasze samoloty torpedowe, które korzystając z zamieszania władowały sześć torped w burtę kolosa. To było dla niego za dużo. Ciężko dymiąc, zaczął się coraz bardziej przechylać na sterburtę z przegłębieniem na rufę. Odpuściliśmy ten cel i ruszyliśmy w kierunku dymiącego krążownika „Mogami”, który choć poważnie uszkodzony, zasypywał nas pociskami, wzniecając pożary i niszcząc otwarte stanowiska przeciwlotnicze. Podczas zwrotu, Japoniec znalazł się przed lufami naszej artylerii rufowej, chłopaki z pięciu kilometrów nie mogli chybić… Kolejny samuraj wybrał się na sake do Buddy… po ponad dwugodzinnej bitwie, nasze i japońskie niszczyciele zaczęły kłaść zasłony dymne, a okręty oddaliły się od siebie, by dokonać napraw i przekazać rannych i zabitych na okręty szpitalne. Tym razem, bitwa pozostała nierozstrzygnięta, ale kto wie, pewnie za parę dni znowu się spotkamy, pomyślałem ponuro, patrząc na szeregi zaszytych w płótno ciał marynarzy ze swojej załogi. – Panie pierwszy, kierunek Pearl, trzeba uzupełnić załogę i zapasy…
 
 
oczywiście powyższe wydarzenia i ludzie to tylko wytwór wyobraźni autora…
 
Podsumowanie, czyli co Lex myśli o tej łajbie…
 
Przyznam, że jestem bardzo miło zaskoczony. Mimo, iż nie przepadam za grą pancernikami, ten jest bardzo przyjemny i wybacza naprawdę wiele błędów, nawet pływanie bokiem 😉 Świetne działa, które radzą sobie z pancerzem „Yamato” bez problemu już z 17 kilometrów. Ostrzał krążownika? Proszę bardzo! Co salwa, to wchodzi cytadela, no cud, miód, ultramaryna!!! Jedyne, do czego można się przyczepić, to relatywnie niska prędkość maksymalna, chociaż te 32 węzły by się przydały. Pancerz jest rozmieszczony w bardzo przemyślany sposób i dobrze chroni newralgiczne sekcje jednostki. Na razie okręt ma status WiP, ale powiem szczerze, że jak by teraz można było go nabyć, to brałbym, jak bolszewicy Pałac Zimowy, albo jak kto woli, jak Adolf Austrię 😉 Ocena Lexa, na tą chwilę, to 9+/10!
 
Dzięki za przeczytanie, a kolejne recenzje, tradycyjnie już niebawem!
 
Paweł Lex Lemański

Lex

Były żołnierz, fascynat broni palnej, marynista, historyk (Barula twierdzi, że "histeryk" ;) ), rekonstruktor historyczny. W redakcji wprowadzam totalny chaos i zamieszanie (Lex, gdzie te recenzje??!!), i notorycznie wkurzam kolegów - redaktorów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.