Pancerny dziadunio.

12 listopada 1941 roku, Scapa Flow,

Od czterech godzin potwornie nudziłem się na nasiadówce u admirała, będącego dowódcą rejonu operacyjnego północnego Atlantyku. Jako zwykły kapitan rezerwy RN, miałem ostry zgryz, co ja tu u diabła robię?! Najniższy stopniem oficer był pełnym komandorem i zajmował się zmianą map na stole.

– I co pan o tym sądzi, Miles? – pytanie admirała wyrwało mnie z zadumy.

– Panie admirale – zacząłem ostrożnie – jestem tylko zwykłym matrosem z handlówki, który bawi się wojnę, nie sądzę, by moje zdanie liczyło się w tak zacnym gronie…

– A jednak jestem ciekaw pańskiego zdania, proszę mówić, co pan myśli, kapitanie.

Spojrzałem z uwagą na mapę – Raeder wysłał na nasze północne trasy konwojów potężny zespół, trzy pancerniki w osłonie krążowników i niszczycieli. Jedyne szczęście w tym, że są to okręty pamiętające dwudziestolecie międzywojenne i Wielką Wojnę. Okrętów podwodnych nie ma sensu posyłać, gdyż osłabiło by to bezpośrednią obronę Wysp, ale wzmocniony zespół nawodny, powinien załatwić sprawę.

Admirał zadumał się patrząc uważnie na rozłożone na stole papiery – Dziękuję panowie – powiedział podnosząc głowę – Niech pan poczeka, Miles – dodał z uśmiechem. Kiedy starsi oficerowie wyszli z sali odpraw, wskazał mi wygodny fotel, a sam usiadł w drugim. – Napije się pan, kapitanie? – Skinąłem ostrożnie głową, zastanawiając się, co temu staremu, szczwanemu lisowi, tym razem wylęgło się w jego makiawelicznym umyśle… Admirał rozparł się wygodnie w fotelu i spoglądał na mnie lekko rozbawiony znad szklanicy z brendy. – Cóż, powinienem powiedzieć, komandorze – musiał zauważyć moją opadłą nagle o dziesięć centymetrów szczękę, bo zarechotał rubasznym basem – oto pański awans i rozkazy – podał mi grubą, sztywną kopertę, obejmie pan pancernik i dowodzenie nad zespołem, który zajmie się naszymi niemieckimi przyjaciółmi na północnym Atlantyku, wystarczająco długo pałętał mi się pan pod nogami. Ile to już czasu? – zastanowiłem się – trzy miesiące, bez dwóch dni, jak Junkersy rozwaliły mój ostatni niszczyciel… – W porządku, rano proszę na mnie czekać na trzecim nabrzeżu, zabiorę pana na okręt admiralskim barkasem – mrugnął do mnie, komicznie krzywiąc twarz, a ja poczułem lodowate pazurki maszerujące mi po plecach. Znając tego starego lisa, na pewno szykował mi jakąś niespodziankę…

13 listopada 1941 roku, godzina 0800, Scapa Flow.

Rozklekotanym Austinem dotoczyłem się na nabrzeże, gdzie już czekał na mnie admirał. – Co tak długo Komandorze? – Wybaczy pan, sir, zatrzymali nas przy bramie… Machnął ręką i ruszył w kierunku dużego welbota z załogą kołyszącego się przy nabrzeżu – Czekasz na specjalne zaproszenie Miles? – uniósł pytająco brew. Nie zwlekając zająłem miejsce na siedzisku obok niego. Motorówka odbiła od brzegu i ruszyła w głąb portu, gdzie rozśrodkowano pancerniki i krążowniki liniowe. Zauważyłem, że płyniemy w kierunku „Prince of Wales”, który właśnie kończył remont po czerwcowej operacji przeciwko niemieckiemu super pancernikowi „Bismarck”. – Oto twój nowy okręt, komandorze – usłyszałem i z radością spojrzałem na admirała. Ku mojemu zdziwieniu, wskazywał wyciągniętą ręką ku nabrzeżu, gdzie stał oblężony przez chmarę stoczniowców stary, pamiętający początki wieku, okręt. – Panie admirale, to jakiś makabryczny żart?! – zawołałem przerażony – przecież to „Dreadnought”!!! Skreślono go z list floty już w 1930 roku!!! – Admirał stał wyraźnie rozluźniony i szczerzył w moim kierunku swoje białe zębiska, jak nie przymierzając, wielki Kot z Cheshire – Ale właśnie przywróciliśmy go do linii. Jest uzbrojony w dziesięć dział kalibru 305 milimetrów z zasięgiem 13,7 kilometra. Wiem, że to nie za dużo, ale okręty, z którymi się zmierzycie to też w większości jednostki z czasów Wielkiej Wojny. Nowoczesne okręty musimy zostawić do obrony Wysp i pozostałych tras konwojowych. Dostaniesz zespół złożony ze starszych okrętów, ale wierzę, że sobie poradzisz. Słyszałem o tobie dużo dobrego i pamiętam, że obiecałem wysłać cię jak najszybciej w morze – Wyszczerzył się paskudnie – a ja zawsze dotrzymuję słowa. No, podrzucę cię na nabrzeże, twoje rzeczy są już w twojej kabinie. Powodzenia w operacji „Stalowa Pięść”! – Podał mi rękę, po czym zasalutowałem i wyskoczyłem na ląd, nieopodal mojego nowego domu…

Godzinę później, po przeciskaniu się przez zgraję stoczniowców, udało mi się dotrzeć na pomost. Odetchnąłem z ulgą, jak zobaczyłem obsadę mostka – Pierwszy, szefie, dobrze was widzieć, bałem się, że załoga również pamięta początki wieku… – kapitan marynarki Charles McAlskinął głową, i zalison i starszy bosman sztabowy Artur Crocker z szerokimi uśmiechami podeszli w moim kierunku. Służyliśmy od lat razem i znaliśmy się jak łyse konie. – Ant, Bogu dzięki, że jesteś, baliśmy się kogo nam wcisną – nagle spojrzał na moje rękawy i wybałuszył oczy – Awans z kapitana na komandora??!! Nieźle, bracie gratulacje!! – Zaśmiałem się i uściskałem dłonie przyjaciół. – chyba stary chciał nam osłodzić tą żabę, którą musimy przełknąć – mrugnąłem i omiotłem ręką pomost, a następnie wręczyłem im koperty – To wasze awanse, komandorze podporuczniku, poruczniku… – Popatrzyli po sobie zdziwieni, a potem ryknęli serdecznym śmiechem – No to co wesołego ten stary lis nam zgotował? – Za godzinę zebranie oficerów w messie. Wszystko wam wyjaśnię, a teraz powiedzcie mi, czy to pudło jest w stanie wejść do walki? – Popatrzyli po sobie – Cóż, turbiny i kotły wyremontowane, możemy wyciągnąć 19 węzłów, sprawdzaliśmy jakość kamuflażu, w sumie z odległości 10 kilometrów nas nie widać… poza główną artylerią mamy szesnaście dział kalibru 76,2 milimetra o zasięgu trzech kilometrów. Pancerz sprawdzony. Pas burtowy ma od 203 do 279 milimetrów. Główne stanowisko dowodzenia prawie 280 mm, a zapasowe, to przed drugim kominem lekko ponad 200 milimetrów. Stal jest w niezłym stanie, także nie powinno być problemów. – OK, tak jak mówiłem, zebranie oficerów w mesie za godzinę, przedstawię wam plan operacji, w morze wychodzimy za dwa dni, o ile nie będzie opóźnień…

16 listopada 1941 roku, godzina 1130, północny Atlantyk.

Spojrzałem na wzburzony ocean i idące w szyku okręty. – Niezły zlot antyków, dowódco – zagaił Charles, podając mi metalowy kubek wielkości małego wiaderka, którego zawartość przyjemnie parowała. Uniosłem brwi, patrząc na niego pytająco – Herbata, sir, z rumem… – Mruknąłem z wdzięcznością i opiłem łyk gorącego napoju – Masz rację, pierwszy, totalny zlot antyków… – znów spojrzałem przez okno. W szyku szły za nami dwa pancerniki, „Orion” i „Iron Duke”. Po bokach naszej kolumny poruszały się krążowniki. Dwa klasy „Danae”, „Caledon” i „Emerald”. Daleko z przodu, ciężko pracując na fali szły niszczyciele. – Masz rację, Charles, zlot antyków, ale nawet te pancerniki są młodsze od naszego okrętu. Na szczęście, Niemcy też wysłali w ten rejon same staruszki, tak przynajmniej twierdzi MI-6…

Mijały kolejne godziny, aż zacząłem się zastanawiać, czy admirał nie wymyślił tej operacji tylko po to, by pozbyć się antycznych okrętów i zbyt wyszczekanych dowódców. No, ale czemu się dziwić temu arystokratycznemu Anglikowi, że chciał się pozbyć kilku Szkotów i Irlandczyków, a no i mnie, momentami zbyt głośnego Nowozelandczyka…

– Radio do dowódcy! – Podszedłem do kabiny radiowej i wziąłem do ręki meldunek – Pierwszy, przekazać na pozostałe okręty: „Do wszystkich dowódców! Niemieckie zgrupowanie ciężkich okrętów czterdzieści mil na wschód. Prędkość wroga około 10 węzłów. Zwrot bojowy, prędkość 16 węzłów! Pełna gotowość bojowa! D-ca „Antycznej Armady” kmdr Antony Miles”. – McAllison skinął głową i zabrał się za szyfrowanie wiadomości.

Okręty szły przez coraz spokojniejsze morze, gdy nagle, obserwatorzy podali na pomost informację, że widać wroga w odległości 15 kilometrów. Niszczyciele ruszyły naprzód, by zaatakować przeciwnika torpedami i związać walką wraże kontrtorpedowce. – Przekazać sygnał do krążowników: „Na lewą flankę”, na pancerniki: „Swobodne polowanie” – sygnalista skinął głową i po chwili dało się słyszeć szczęknięcia żaluzji aldisa. – Uwaga na maszynach! Cała naprzód! Ster prawo dziesięć! Działa na lewą burtę, cel, pierwszy pancernik w szyku. Otworzyć ogień z 11 kilometrów! Obsada bojowa do pancernego stanowiska dowodzenia, reszta zejść pod pokład.

Ledwo zamknęły się pancerne drzwi stanowiska dowodzenia, gdy nasze działa rzygnęły ogniem i osiem pocisków kalibru 305 milimetrów poleciały w kierunku wrogiego pancernika, którego zidentyfikowaliśmy jako zbudowany w 1912 roku „Kaiser”. Podszedłem do szczeliny obserwacyjnej i podniosłem do oczu lornetkę – Salwa 700 metrów za krótka, wprowadzić poprawki i ognia! – Lufy dział uniosły się odrobinę i wypluło kolejne pociski, które tym razem obramowały okręt wroga, zasypując go odłamkami. Przeciwnik też nie próżnował i odpowiedział ogniem. Nasze okręty powiększyły odległości i również odpowiedziały ogniem. Jeden z naszych krążowników nagle aż uniósł się się po trafieniu torpedą – Wypatrywać niszczycieli! – Nagle odezwało się działo 76,2 mm ustawione tuż koło naszego „bunkra”, po chwili zawtórowała mu cała lewo burtowa artyleria lekka, grzejąc do przepływającego w odległości dwóch i pół kilometra niszczyciela V-170. Po chwili Niemiec płonął od dziobu po rufę, a jego załoga ewakuowała się wprost do lodowatej wody. Nagle naszym okrętem targnął potężny wstrząs. Wieża B na prawej burcie zainkasowała bezpośrednie trafienie, które wprawdzie nie przebiło pancerza, ale spowodowało uszkodzenie systemów obrotu. Grupy naprawcze rzuciły się do pracy i po niedługim czasie systemy zostały naprawione. W tym czasie nasze pociski przebiły pokład „Kaisera” na wysokości jego cytadeli i potężna eksplozja rozerwała pancernik Hunów na dwie części. Natychmiast przenieśliśmy ogień na następny cel. W tym czasie przesyłki od naszych niemieckich przyjaciół ostro zdemolowały nam nadbudówki i tylny maszt. – Mamy lekkie uszkodzenie maszynowni! – raportował Crocker – chłopaki próbują naprawić, ale prędkość spadła do 12 węzłów. Skinąłem ponuro głową i wyjrzałem przez szczelinę obserwacyjną. Wszystkie nasze pancerniki otrzymały uszkodzenia. Najmocniej jednak oberwał nasz okręt. Uszkodzona poważnie wieża Y, uszkodzone turbiny, a co gorsza, mieliśmy lekki przeciek na rufie. Z kolei Niemcy stracili jeden pancernik, a reszta, choć uszkodzona, nadal twardo walczyła, choć coraz większa odległość utrudniała nam walkę.

Wyszliśmy z powrotem na pomost, który chwilowo stracił jedną trzecią poszycia stropu – Jak to wygląda, pierwszy? – Straciliśmy krążownik i dwa niszczyciele, trzy pancerniki uszkodzone, u Niemców jeden niszczyciel i jeden pancernik poszły na dno pozostałe mocno oberwały, ale nadal są groźne. Depesza z dowództwa nakazuje nam utrzymywać odległość radarową i czekać na przyjście ciężkich sił RN, a następnie wraz z uszkodzonymi pancernikami powrócić do Scapa. – Skinąłem z zadowoleniem głową – Przekaż informacje załodze. Grupy naprawcze niech doprowadzą okręt do jako takiego stanu. Ci co nie mają służby, na koje. – Tak jest, sir!

UWAGA!

Wszystkie osoby i wydarzenia są tylko i wyłącznie owocem chorej wyobraźni autora i nie należy ich brać za informacje historyczne!!!

Podsumowanie.

Okręt, choć nadal ma status WiP, jest jak na swój tier bardzo udany. Niezły pancerz, a działa na dystansie do 10 kilometrów niezwykle celne. Nie raz udawało mi się jedną salwą wsadzić dwie – trzy cytadele. Jedno co kuleje to prędkość i manewrowość. Maksymalnie popłyniemy 19 węzłów a promień skrętu to ponad pół kilometra. Również nieprzyjemnie zaczyna się robić, jak po przeciwnej stronie mamy lotniskowiec. Jako, że okręt został wybudowany w 1906 roku, nie ma na nim ani jednego, cholernego karabinu maszynowego i przeciwko samolotom jesteśmy całkowicie bezbronni.

Krótko, jak na III tier, okręt oceniam na 8+ w 10-cio stopniowej skali. Teraz poczekamy, co WG z tym okrętem zrobi. Ja proponuję im choć kilka pelotek dodać, bo serio, dla wrażych lotniskowców, ten okręt jest darmowym „demejdżem” 😉

Do zobaczenia na cyfrowym polu walki!

Paweł Lex Lemański


Lex

Były żołnierz, fascynat broni palnej, marynista, historyk (Barula twierdzi, że "histeryk" ;) ), rekonstruktor historyczny. W redakcji wprowadzam totalny chaos i zamieszanie (Lex, gdzie te recenzje??!!), i notorycznie wkurzam kolegów - redaktorów.

3 komentarze

  1. J_jW napisał(a):

    Kawał wyobraźni i morskiej literatury. Zastanawiam się czasem nad tym, jak to się stało, że finalnie w polskiej MW przyjęto takie idiotyczne nazewnictwo stopni, że komandor to więcej niż kapitan… W końcu kapitan, pochodzi od słowa capita, czyli po łacinie głowa, a ta może być tylko jedna.

    • Lex napisał(a):

      Dzięki za miłe słowo 🙂 Co do stopni, podobają mi się te z US Navy. polecam porównanie stopni UA Army i Navy 🙂

      • J_jW napisał(a):

        Wiadomo, Amerykanie przejęli stopnie po Brytyjczykach, ale też wprowadzili innowacje jeśli chodzi o nazewnictwo niektórych rang, np. jeśli chodzi o podporuczników, to w brytyjskiej jest subleutenant, czyli dosłownie podporucznik, a u Amerykanów leutenat junior grade. Podobnie Amerykanie zlikwidowali komodorów (ciągle jest u Angoli, nie mają też już o djakiegoś czasu Niemcy w Bundesmarine, teraz odpowiednik nazywa się flotillen admiral), ale właśnie konsekwencją tego jest, że w USA są dwie rangi kontradmiralskie. Pewnie, żeby „wyrównywać gwiazdki” z armią lądową i lotnictwem. Zresztą Amerykanie pają kompletnie zunifikowany system „pracowników” budżetówki i można znaleźć urzędnika federalnego, który poziomem i pensją jest zrównany np. z majorem armii lądowej. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.