Francuski Koszmar.

Północny Atlantyk, w pobliżu Grenlandii, 12 grudzień 1943 rok

Komandorze, „Jean Bart” dwie mile z prawej burty! – Podniosłem do oczu potężną morską lornetkę i spojrzałem w kierunku wskazywanym przez wachtowego. Miał rację, jeszcze jeden z naszej uratowanej przed Niemcami floty Wolnych Francuzów, Teraz szedł dumnie na czele kolumny pancerników, naszego „Gascogne” i brytyjskiego „Nelsona”. Osłaniały je tylko dwa niszczyciele, HMS „Cossack” i polski ORP „Błyskawica”, który zaczął nadawać aldisem: „Le Terrible”, przejmujesz, wraz z przydzielonymi ci niszczycielami bezpośrednią osłonę pancerników, my odchodzimy na prawą flankę, do osłony krążowników. Dow. Drugiego zespołu eskortowego, kmdr Waliszewski”. Popatrzyłem na sygnalistę, który marzł wściekle przy swojej lampie sygnałowej – Pierre, nadaj odpowiedź: „Zrozumiałem, przejmujemy pancerniki, po uformowaniu konwoju kurs na południowy wschód, ku południowi, wg rozkazu nr 2, dotyczącego operacji „Marsylia”. Udanych łowów, przyjaciele, dow. „Le Terrible” i 3 Międzyatlantyckiego Dywizjonu Niszczycieli, capitaine de fregate Michel Brion”. Pierre Pastare zaczął dziko wystukiwać wiadomość żaluzjami swojego siedmiocalowego aldisa, przytupując w międzyczasie, by przywrócić krążenie w przemarźniętych nogach. Lampa „Błyskawicy” mrugnęła dwa razy potwierdzająco, a następnie oba alianckie niszczyciele położyły się na nowy kurs i odeszły w kierunku zgrupowanych dalej na południe krążowników. – No, Pierre, czas zmykać z tego otwartego pomostu, idziemy do milutkiej i cieplutkiej jak dziewczyna z Moulin Rouge sterowni pod nami – mrugnąłem do niego i dałem nura po schodni w dół na skrzydło mostka, a następnie, przez wodoszczelne drzwi na przeszklony mostek.

Dowódca na mostku! – Załoga wyprężyła się na baczność, skinąłem im głową i przeszedłem na prawą stronę pomieszczenia, gdzie stał fotel dowódcy. Z dumą popatrzyłem na swoją załogę i pomyślałem o okręcie, którym przyszło mi dowodzić. Zbudowany w 1936 roku, potężny niszczyciel, przez Jankesów nazywany lekkim krążownikiem, był niezwykle szybki. Po przeciążeniu maszyn byliśmy w stanie rozwinąć nawet 54 węzły. Potężne uzbrojenie artyleryjskie, składające się z pięciu pojedynczych stanowisk dział 139 milimetrów mogło zaszkodzić nie tylko wrażym niszczycielom, ale z powodzeniem radziło sobie z lekkimi krążownikami przeciwnika, rażąc go z dwunastu tysięcy trzystu metrów. Kiedy wróg zbliżył się na odległość ośmiu kilometrów, mogliśmy pozdrowić go z dziewięciu rur torpedowych. Uzbrojenie uzupełniały wukaemy 13,2 milimetra i działka 37 milimetrów. Ale główną bronią była szybkość, niestety, by ją osiągnąć, konstruktorzy musieli zrezygnować z wytwornicy zasłony dymnej… – Dowódco, sygnał od dowódcy zgrupowania: „okręty na pozycjach, ruszamy, powodzenia! Adm. Burke”. – Spojrzałem na pierwszego, wykonać, przejmuje pan okręt, panie pierwszy!

Północny Atlantyk, 14 grudzień 1943 rok, godz 1220.

Patrzyłem na morze przed okrętem przez wirujące ekrany Kenta, a raczej próbowałem patrzyć na morze… Mróz i gęsty śnieg, który wszystko oblepiał, skutecznie utrudniał mi to, jakże przyjemne zajęcie. Zerknąłem na termometr, prawie minus trzydzieści stopni Celsjusza – Wachtowy, proszę odwołać obserwatorów ze skrzydeł mostka i z otwartego pomostu, w tej zupie i tak gówno dojrzą, a jeszcze nam zamarzną… Aha i nie zapomnijcie dać im gorącej kawy i trochę rumu! – Oficer wachtowy skinął głową i pobiegł wykonać rozkaz. – Widzisz, Andree – mruknąłem do pierwszego – cholerni Hunowie przeszli by nam przed nosem i nawet byśmy ich nie zauważyli… Diabli nadali taka pogodę… Merde…

Nagle idący na prawo od nas amerykański niszczyciel w oślepiającej kuli ognia wyleciał w powietrze! Zanim zdążyłem skląć nasz radar, dziesięć metrów od naszego dziobu, wytrysły w górę dwie potężne fontanny wody! – Radio do dowódcy! „Ruszamy do ataku, cel niemieckie pancerniki! J.B” – Wypadłem na otwarte skrzydło pomostu i popatrzyłem przez lornetkę na potężnego „Jean Barta”, który potężnie dymiąc, położył się w ostrym zwrocie, a jego potężne, czterodziałowe wieże, uzbrojone w armaty kalibru 380 milimetrów, obróciły się w kierunku odległego o dwadzieścia osiem kilometrów niemieckiego pancernika, który nagle pojawił się w przerwie zadymki śnieżnej. – „Tirpitz” – jęknął przerażonym głosem jeden z marynarzy, już po nas… – Nie jęczeć do cholery! Maszynownia, pełna moc, ile fabryka dała! Wycisnąć każdego cholernego konia mechanicznego z tych turbin! – Ale panie kapitanie, nasze przekładnie… – nie dałem dokończyć pierwszemu mechanikowi – mam w ***** twoje turbiny, jak padną to po nas! Przed nami „Tirpitz” z kumplami!!! – Chwilowa cisza ze strony maszynowni, a po chwili zduszone „o kurrrr…”, i nawet na mostku, przez rury głosowe, było słychać dzikie wrzaski chieffa, który poganiał swoich ludzi w taki sposób, że rzymscy poganiacze niewolników na galerach mogli by się od niego uczyć. Delikatnie wcisnąłem w rurę głosową zatyczkę i w zadumie spojrzałem na sternika – Cóż Paul, powiedzmy, że trochę mi żal naszych smoluchów*… Paul Bartagne, starszy sternik w stopniu bosmana z niedowierzaniem gapił się na repetytor logu* – Merde! Panie kapitanie, mam już pięćdziesiąt jeden węzłów i ciągle rośnie! – Uśmiechnąłem się szerokim, złym uśmiechem – No, to te szkopskie syny też się lekko zdziwią, co? Steruj w kierunku „Tirpitza”, poślemy mu kilka rybek…

Okręt trzeszczał we szwach i drżał od potężnej mocy maszyn, nadającym nam prędkość 54 węzłów. Prędkość była tak duża, że rufa osiadła nisko na wodzie, a dziób uniósł się jak w ścigaczu torpedowym. Nagle, jakieś sześć kilometrów przed dziobem pojawił się nasz cel. Potężny „Tirpitz”, który prowadził pojedynek artyleryjski z „Jeanem” a z nim, w szyku torowym nie mniej potężny „Gneisenau”, który wymieniał tysiąckilogramowe uprzejmości z „Nelsonem”. – Uwaga na torpedach z lewej burty! Cel „Tirpitz”! – Zrobiliśmy lekki zwrot w prawo i sześć naszych rybek z pluskiem (plusk był na pewno, ale raczej sobie go wyobraziłem, bo huk był tak straszliwy, że nie usłyszał bym nawet damy do towarzystwa, która by mi proponowała miłosne igraszki, stojąc w odległości pół metra…). – Zwrot w lewo, aparat na prawej burcie, salwą do drugiego w szyku! – Syk sprężonego powietrza, mgiełka u wylotu aparatów i kolejne trzy rybki rozpoczęły swój śmiercionośny bieg w kierunku bezbronnej burty niemieckiego pancernika. – Zwrot przez lewą burtę, odchodzimy! – w tym momencie nasz okręt zatoczył się jak pijany i zaczął zwalniać – Co się do ciężkiej cholery stało??!! – ryknąłem do rury głosowej – Oberwaliśmy w wieżę numer trzy, tylne aparaty torpedowe zniesione, poszedł główny przewód pary! Duże straty w ludziach! – Wokół nas zaczęły padać pociski, gdy „Tirpitza” dosięgły nasze torpedy. Obity już przez „Jeana Barta” wyleciał w powietrze. Równocześnie, pomiędzy Niemcami a naszym okrętem przemknął na pełnej prędkości ORP „Błyskawica” wściekle dymiąc i zasłaniając nas tą zasłoną przed wzrokiem wroga. W odległości kilku kabli* od prawej burty zobaczyliśmy nasz pancernik, który robił zwrot plując z głównych dział, umieszczonych w dwóch wieżach na dziobie, jednocześnie wprowadzając do walki artylerię średnią (dziewięć dział – 3×3 – kalibru 152 milimetry i dwadzieścia cztery – 12×2 – kalibru 100 milimetrów), zgrupowaną na sródokręciu i rufie. „Gnaisenau”, już trafiony przez jedną z naszych torped, nie miał żadnych szans. Po kilku salwach z ośmiu dział kalibru 380 milimetrów zmasakrowało jego nadbudowy, przebiło kilka razy cytadelę i ostatecznie wysadziły jeden z magazynów amunicyjnych. Przyszedł radiogram od dowódcy krążowników, że wróg postawił zasłonę dymną i się wycofuje. Ponieważ i nasze okręty nie ustrzegły się strat, komodor zarządził odejście w stronę Stanów, w celu naprawy uszkodzeń. Nasz pokiereszowany niszczyciel poczłapał na jednej śrubie, osłaniany przez niezłomny, polski „Lucky Ship”*. – No, panie pierwszy – jęknąłem – myślę, że wszyscy zasłużyli na coś mocniejszego, wydać załodze podwójną rację rumu, spisali się…

Objaśnienia

  • „smoluch” – żargonowe określenie załogi kotłowej i maszynowej

  • Log – Prędkościomierz, podaje prędkość w węzłach (milach morskich na godzinę)

  • repetytor – „końcówka” urządzenia pomiarowego ze skalą, która jest montowana w różnych punktach okrętu (repetytor logu, kompasu, etc.)

  • 1 kabel = 0,1 mili morskiej = 185,2 metra ≈ 608 stóp angielskich

  • Lucky Ship” – szczęśliwy okręt, przydomek między innymi ORP „Błyskawica”

Podsumowanie.

Oba nowe „Francuzy” są bardzo przyjemne w grze. Niszczyciel jest, jak dla mnie, niesamowity, jego prędkość i manewrowość czynią go diabelnie ciężkim do trafienia. Działa pięknie palą przeciwnika, a i torpedy potrafią nieźle namieszać. Jedynym mankamentem jest brak zasłony dymnej i słaby kamuflaż – wykrycie z powierzchni jest na poziomie (perk na kapitanie, moduł na kamuflaż, plus kamuflaż kadłuba) 7,1 kilometra, co na ósmym tierze jest trochę niefajne… Pancernik jest bardzo podobny w grze do „Ryśka” (to samo rozstawienie artylerii), tyle, że przeniesiony na IX tier wymaga od gracza więcej uwagi. Ale, jeżeli będziemy się kierować do przeciwnika dziobem (co ułatwia skomasowanie głównej artylerii w dwóch wieżach w superpozycji), to mamy dużą szansę na wygranie starcia (a mamy jeszcze „dopalacz” silnika i przeładowania dział!

Czy polecam te okręty? Trudno mi powiedzieć, ale jeżeli nic się nie zmieni w statystykach niszczyciela (nadal ma status WiP), to jak najbardziej tak! Choć WG mogło by dać mu lepsze kammo… Co do pancernika – cóż, nie mam jeszcze wyrobionego zdania, ale przyznam, że gra mi się nim wcale przyjemnie 😉

Do zobaczenia na cyfrowych wodach!

Paweł „Lex” Lemański


Lex

Były żołnierz, fascynat broni palnej, marynista, historyk (Barula twierdzi, że "histeryk" ;) ), rekonstruktor historyczny. W redakcji wprowadzam totalny chaos i zamieszanie (Lex, gdzie te recenzje??!!), i notorycznie wkurzam kolegów - redaktorów.

5 komentarzy

  1. J_jW pisze:

    Repetytor, to dosłownie (od łac, repetitio) „powtarzacz”, czyli dodatkowy wskaźnik podłączony do urządzenia głównego np. żyrokompasu, działający zdalnie i powtarzający jego wskazania. Na większych statkach żyrokompas jest umieszczony często w oddzielnym pomieszczeniu i nie ma możliwości bezpośredniego korzystania z jego wskazań, wtedy wszystkie urządzenia wskazujące kurs (sterowe, namiarowe na skrzydłach mostka, awaryjne w pomieszczeniu maszyny sterowej itp.) są tylko repetytorami.

  2. shadoxsas pisze:

    Bardzo ciekawy artykuł/opowiadanie : ) szkoda, że tak mało osób komentuje (w sumie sam niezbyt często to robiłem) Prosimy o więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.