Stalingrad – horror dla wrogów.

5 marca 1953 roku. Baza Floty Północnej, Murmańsk. Godz. 1600.

Nowy ciężki krążownik o dumnym imieniu „Stalingrad”, na cześć dzielnego miasta przygotowywał się do pierwszego wyjścia w morze, w celu przetestowania uzbrojenia i systemów. Uwalany smarami wyszedłem na pokład z maszynowni, gdzie z pierwszym mechanikiem sprawdzałem potężne turbiny, gdy na lądzie rozryczały się syreny. W tym samym momencie zaskrzeczał radiowęzeł – towarzysz dowódca proszony na mostek, powtarzam, towarzysz dowódca pilnie na mostek!

Kiedy wszedłem na pomost, od razu zauważyłem przerażone miny oficerów zgromadzonych na jego lewym skrzydle. – Coś się stało, towarzysze? Wyglądacie, jak byście otrzymali bilet w jedną stronę do gułagu… Polityczny. Trzęsącą się ręką podał mi długi radiogram – Przeczytajcie to, towarzyszu… Wziąłem blankiet i usiadłem wygodnie w swoim fotelu. Treść nie napawała optymizmem: „W dniu dzisiejszym zmarł nagle Ojciec Narodu Radzieckiego Josif Wissarionowicz Stalin. Flota postawiona w stan gotowości. Imperialiści gromadzą duże siły na północnym Atlantyku. Nie dopuścić do chaosu wśród załóg. Dowódcy poszczególnych okrętów dostaną wkrótce rozkazy. Dowódctwo”,

Spojrzałem na zgromadzonych – No, towarzysze, coś czuję, że teraz to dopiero zacznie się polka… Pierwszy, cała załoga jest na pokładzie? – Tak jest towarzyszu kapitanie! – Zwołać wszystkich na zbiórkę na nabrzeżu, frontem do okrętu. Tak za 10 minut. – Rozkaz!

– Spojrzałem ze skrzydła nadbudówki na załogę, ustawioną w czterech szeregach na wprost burty. – Towarzysze oficerowie, podoficerowie i marynarze! Dzisiaj odszedł nasz wódz, nasz ojciec, generalissmus Josif Wissarionowicz Stalin! Cała Rodina jest pogrążona w smutku i w żałobie! Ale my, marynarze sowieckiej Floty Północnej nie możemy poddać się smutkowi! Nasi wrogowie, zachodni imperialiści, chcą wykorzystać tragedię naszego narodu i podstępnie zaatakować nas od strony morza! W tej chwili Matuszka Rosja żąda od nas największego poświęcenia i przykładnej służby! Nie zawiedziemy pamięci towarzysza Stalina i wypełnimy nasze obowiązki względem Rodiny! Dzisiaj w nocy, Flota wychodzi w morze, skoro imperialiści chcą walki, nie zawiedziemy ich! Na cześć towarzysza Stalina trzykrotne Hura! – HURA, HURRRAAA, HUURRRAAAA!!!! – ryknęło kilkaset gardeł, a w ich twarzach było widać zapał do walki, co mogło się bardzo przydać w przypadku konfrontacji z wrogiem. – Załoga, na stanowiska, przygotować okręt do wyjścia w rejs bojowy. Oficerowie, odprawa w mesie oficerskiej za godzinę. Rozejść się!

Siadajcie, towarzysze. Wiecie jaka jest sytuacja. Mówiąc obrazowo, jesteśmy w czarnej dupie. Po śmierci Stalina, w Moskwie zacznie się walka o władzę, Malenkow, Beria i Chruszczow nie odpuszczą. Nasi przeciwnicy o tym wiedzą i konsolidują duże siły na północny wschód od Islandii. Naszym zadaniem jest nie wpuszczenie ich w naszą strefę wpływów. Rozkazem dowódcy Floty Północnej dostałem awans do stopnia admirała i dowództwo nad grupą floty z Murmańska. Zachowałem też dowództwo nad „Stalingradem”, który, jako nasz najcięższy i najnowocześniejszy okręt zyskuje z dniem dzisiejszym status okrętu flagowego Floty Murmańskiej. – Gratulacje Alosza – Lonia Starpow zerwał się z miejsca i uściskał mnie serdecznie – komu jak komu, ale tobie ten awans należał się od dawna! – Dzięki, Lonia. Możesz czynić honory i podać wódki, bo reszta już nie jest tak radosna, poza tym, że wszyscy dostaliście towarzysze awans o jeden stopień – mrugnąłem do nich ze śmiechem. Podczas, gdy mój pierwszy rozlewał wódkę do szklanek, posypały się gratulacje od reszty oficerów. Kiedy już każdy miał szklankę wzniosłem toast – Za Towarzysza Stalina, oby jego następca był lepszy! Wszyscy, oprócz politruka, ze śmiechem wychylili alkohol. Major KGB patrzył na mnie wilkiem, więc uprzedzając jego słowa, szepnąłem mu do ucha – Uważajcie, Wasylij, odpuśćcie, Stalin wącha już kwiatki, a załoga za bardzo za wami nie przepada, nie chcecie chyba zapoznać się z ich proletariackimi pięściami, co? – Zamow markotnie spuścił wzrok – Niet, towariszcz admirał… – No, to napijcie się, podpułkowniku – spojrzał na mnie zdziwiony – Tak, Wasylij, dla ciebie też jest awans, ale musicie mi obiecać, że odpuścicie załodze indoktrynację, w pariadku? – Z uśmiechem kiwnął głową i wychylił wódkę jednym haustem, co wywołało aplauz reszty oficerów. – Koledzy oficerowie, o północy wychodzimy w morze. Przygotujcie okręt i załogę. O dwudziestej trzeciej zająć stanowiska.

Okręt szedł z prędkością 20 węzłów. Po bokach szły pozostałe jednostki w tym krążowniki „Kronsztadt”, „Czapajew”, „Donskoj”i „Moskwa”. Z przodu grupy uwijały się zwinne niszczyciele. Nasz okręt prezentował się doskonale. Przy wyporności 36500 ton mógł rozwinąć ponad 34 węzły. Przed nadbudową, na przednim pokładzie tkwiły w superpozycji dwie pancerne wieże, każda z trzema działami kalibru 305mm i zasięgu maksymalnym ognia 23 kilometrów. Kolejne trzy takie działa były umieszczone w wieży rufowej. Artylerię główną wspierało 12 dział uniwersalnych 130mm, rozmieszczonych w sześciu dwu działowych wieżach na obu burtach okrętu. Obronę przeciwlotniczą uzupełniało dwadzieścia cztery działka 45mm i czterdzieści działek 25mm, których siła ognia potrafiła przegonić nawet najodważniejszych pilotów wroga. Co ciekawe, zrezygnowano ostatecznie z amunicji odłamkowo – burzącej, pozostawiając tylko przeciwpancerną, ale jej właściwości balistyczne pozwalały nawet na penetrację pancerza najnowocześniejszych amerykańskich pancerników. Potężne pasy pancerne na obu burtach dawały załodze poczucie bezpieczeństw, a system radarowy wystarczająco wcześnie ostrzegał nas przed wrogiem.

7 marca 1953 roku. Północny Atlantyk. Godz. 1930.

Okręty na 30 kilometrach!!! – Okrzyk radarzysty wyrwał mnie z drzemki. Przeciągnąłem się i przyjąłem od wachtowego kubek porządnej, zaparzonej w samowarze herbaty z dodatkiem wódki. – Towarzyszu pierwszy, co tam widać przed nami? Leonid machną niecierpliwie ręką i wsłuchał się w słaby głos w słuchawkach – Towarzyszu dowódco, samolot z „Kronsztadta” melduje o co najmniej dwóch pancernikach klasy „Iowa”, oraz kilku ciężkich krążownikach amerykańskich. Idą w naszą stronę. Nie zauważył niszczycieli, ale na pewno tam są. Nie chciał ryzykować wykrycia. – W porządku, niech wraca na okręt, zespół zwrot o pięć stopni na północ, jak wyjdą nam na odległość strzału walimy po dwie salwy burtowe, potem zwrot w kierunku wroga i okręty działają na własną rękę. W pierwszej kolejności ostrzelać pancerniki. – Rozkaz, towarzyszu, już przekazujemy na pozostałe okręty. „Stalingrad” pochylił się lekko w zwrocie, a wszystkie lornetki zwróciły się w stronę, gdzie mierzyły lufy naszych dział. – Artyleria, otworzyć ogień bez rozkazu!

Ryknęły nasze działa, a po chwili dołączyła się „Moskwa” i pozostałe krążowniki. Po chwili nasze pierwsze pociski dosięgły idący na czele pancernik. Towarzysze na pozostałych okrętach też nie próżnowali. Gorąca, sowiecka stal masakrowała pokłady i nadbudówki imperialistycznego pancernika, który po chwili eksplodował białym płomieniem i błyskawicznie zniknął pod falami. Przeciwnik zrobił zwrot i otworzył ogień. Idący dwa okręty za nami „Czapajew” gwałtownie zwolnił, a jego pokład, który zalała ropa z rozerwanych przewodów, stanął w płomieniach. -Zwrot dziobem w kierunku przeciwnika, ognia w prowadzący okręt!. Po chwili nasze pociski obramowały dobrze już widoczny USS „Buffalo”. Amerykańcy nie pozostali nam dłużni. Nadlatujące salwy z co najmniej dwóch okrętów uderzyły w wodę tuż koło naszych burt, zasypując pokład odłamkami, które raniły ludzi na odkrytych stanowiskach i zalewając okręt kaskadami zimnej wody zabarwionej kordytem. – Zwrot 5 stopni na bakburtę, zygzakujemy, artyleria, strzelać bez rozkazu! Nasi artylerzyści zaczęli ,masakrować wrogi krążownik z sześciu dziobowych dział. Nagle całym okrętem szarpnęło tak silnie, że ci, którzy czegoś się nie trzymali, grzmotnęli ciężko na pokład. – Meldować o uszkodzeniach!!! Pokrwawiony oficer polityczny wszedł ciężko na mostek. – Prawo burtowe wieże artylerii średniego kalibru rozbite w pył. Obsługi wybite. Pożar na śródokręciu, wysłałem już strażaków pod dowództwem towarzysza Osowa, przednia maszynownia uszkodzona, chief wraz z mechanikami starają się przywrócić moc… Zachwiał się i żeby nie upaść złapał się stołu nakresowego. Zerwałem się z fotela, na którym posadziłem Zamowa. – Masz Wasylij, napij się – podałem mu kubek z wódką – dobra robota, wystąpię dla ciebie o Order Bohatera Związku Radzieckiego! Spojrzał na mnie z wdzięcznością – Dziękuję, towarzyszu kapitanie, jak pozwolicie pójdę dopilnować napraw w maszynowni. Teraz ja zrobiłem wielkie oczy – Wasyl, a od kiedy to politruk zna się na maszynach?! – wyszczerzył się szeroko – Nie wiecie, że bezpieka potrafi wszystko? A poza tym, ukończyłem studia inżynierskie budowy silników okrętowych w Leningradzie. Skinął głowa i poszedł w stronę schodni – Dzięki za gorzałę, towarzyszu kapitanie, po powrocie stawiam wam butelkę! I dał nura w zejściówkę. Po krótkim czasie strażacy ugasili ogień i przywrócono łączność zresztą okrętu. Pomost, tu zastępca polityczny, napęd osiągnie pełną moc za pół godziny, tylko wymienimy jeden rurociąg niskiego ciśnienia. – Dziękuję, Wasyl, może damy radę. Okręt zwolnił do 25 węzłów, i nadal zasypywał wroga ogniem swoich dział. Nagle, jeden z nieprzyjacielskich okrętów przełamał się i zaczął szybko tonąć. – TORPEDYYY!!!! Torpedy z lewej burty!! Nie traciłem czasu na wydawanie komend, tylko odpychając sternika całym ciężarem ciała naparłem na koło sterowe i zacząłem obracać okręt w kierunku podwodnych pocisków. Mieliśmy szczęście. Tylko jedna z ośmiu wystrzelonych w nas torped, trafiła niegroźnie w dziób powodując nieznaczne uszkodzenia. – Niszczyciel!!! Z dymu wyłonił się idący całą naprzód okręt klasy „Fletcher”, a jego działa w ekspresowym tempie wysyłały w naszą stronę dziesiątki pocisków. Niestety, miał pecha, wszedł prosto pod działa rufowej wieży, której obsługa zasłużyła sobie na order Czerwonego Sztandaru, posyłając go na dno jedną salwą. Niestety, nam też się oberwało. Przed eksplozją, Amerykanin zdążył wyrzucić torpedy i jedna z nich trafiła nas blisko rufy, powodując zalanie maszyny sterowej. Jeden z naszych niszczycieli postawił zasłonę dymną. Z uszkodzonym radarem, sterem i maszynami zacząłem się wycofywać z pola walki. – Radiogram z „Moskwy”, towarzyszu! – Przeczytajcie, Dawidow. – „Do adm. Woroszyna od kom. Dugajewa. Amerykanie postawili dym i wycofują się, jakie rozkazy?” – Nadać odpowiedź: „Zaniechać pościgu, czekamy na rozkazy z Moskwy. Dobra robota, wszyscy jesteście bohaterami. Woroszyn”.

Usiadłem ciężko na swoim fotelu i pociągnąłem łyk czaju z wódką, który magicznie pojawił się w mojej ręce. -Jak sytuacja, Towarzysze? – Okręt ma uszkodzony napęd, choć ekipy naprawcze pod dowództwem towarzysza zastępcy do spraw politycznych zrobiła co mogła. Mamy jakieś sześćdziesiąt procent mocy. Maszynka sterowa uszkodzona, ale ster działa. Prawo burtowa artyleria średnia rozbita, nie mamy połowy artylerii przeciwlotniczej, ponad stu zabitych i ponad trzystu rannych. – W porządku towarzysze, doprowadzić okręt do porządku, czekamy na rozkazy, niech ocalałe niszczyciele osłaniają zespół…

Powyższe zdarzenia oczywiście nigdy nie miały miejsca, a sam okręt, ciężki krążownik „Stalingrad”, mimo iż został zwodowany, nigdy nie pływał. Faktem zaś jest, że 5 marca 1953 roku, gdy ogłoszono śmierć dyktatora, postawiono Armię Czerwoną w stan podwyższonej gotowości, gdyż moskiewskie Politbiuro obawiało się zbrojnej akcji Zachodu w celu odbicia spod dominacji radzieckiej państw satelickich (Węgier, Jugosławii, Czechosłowacji, Polski i NRD). Było to błędne przekonanie, gdyż zachód był wtedy zaangażowany w wojnę w Koreii i nie zaryzykował by globalnego konfliktu osiem lat po II Wojnie Światowej.

Co do samego okrętu, jeżeli wejdzie w wersji z samymi pociskami przeciwpancernymi, to polecam go z całego serca. Potrafi jak równy z równym walczyć z pancernikami, a jego trzysta piątki z powodzeniem przebijają nawet potężnego „Yamato”. Należy tylko pamiętać, by ustawiać się dziobem w kierunku przeciwnika, wtedy nasz pancerz daje nam bardzo duże prawdopodobieństwo rykoszetu. Co ciekawe, z jednej salwy potrafiłem wsadzić trzy (TAK TRZY!!!!) cytadele w „Iowę”!!! Po prostu magiczny okręt, Ale jak się zagapicie i pokażecie przeciwnikowi burtę… Cóż, parę razy tak zrobiłem i ginąłem szybciej, niż posłowie ustalają dla siebie podwyżki… Ach, jeszcze jedna ważna rzecz. Okręt jest zwrotny jak narąbany w trzy pupcie wieloryb, także warto założyć moduł przyśpieszający przełożenie steru. Jedyne, czego mi brakuje, to torpedy… Ni cholery nie zrozumiem Sowietów, czemu nie przewidzieli choć dwóch, trzy rurowych, bardzo ich brakuje…

Paweł Lex Lemański


Lex

Były żołnierz, fascynat broni palnej, marynista, historyk (Barula twierdzi, że "histeryk" ;) ), rekonstruktor historyczny. W redakcji wprowadzam totalny chaos i zamieszanie (Lex, gdzie te recenzje??!!), i notorycznie wkurzam kolegów - redaktorów.

2 komentarze

  1. witcher1976 napisał(a):

    Jak zwykle świetnie napisane,czekam na więcej.

    • Lex napisał(a):

      Dzięki, już niebawem, teraz mam dodatkowo trochę inne teksty do dwumiesięcznika Twoja Strefa Pancerna (już w punktach Ruchu i Empikach), ale spokojnie, Rykoszet to priorytet 🙂 Dla wiernych czytelników zawsze znajdę czas! 🙂 /Lex

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.