Okręt spod czerwonej gwiazdy.

21 grudnia 1942 roku, baza Radzieckiej Floty Północnej, Murmańsk, ZSRR.

– Zdrastwujtie towariszcz kapitan!

Młody porucznik wyprężył się na baczność i zasalutował. – Okręt prawie gotowy do wyjścia w morze. Zastępca do spraw politycznych czeka na was w waszej kabinie z rozkazami ze sztabu marynarki!. – Dziękuję wam, poruczniku- skrzywiłem się, nie lubiłem jak politruk węszył w mojej kabinie. – Chyba będę musiał zamontować zamek w drzwiach – mrugnąłem porozumiewawczo do młodego oficera, który wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Załatwić ślusarza, towarzyszu kapitanie? Parsknąłem śmiechem – Może następnym razem, poruczniku, na razie nie drażnijmy naszego zampolita…

Ruszyłem wewnętrznymi schodniami w kierunku swojej kajuty, równocześnie rozmyślając o okręcie, który dowództwo przekazało pod moje rozkazy. Kronsztadt był nowym, dopiero co wybudowanym tjażołyje kriejsera – ciężkim krążownikiem, uzbrojonym prawie jak pancernik, ale szybszym, mającym zwalczać krążowniki wroga, ale również mogącym nawiązywać walkę z cięższymi okrętami. Jego dziewięć dział kalibru 305 milimetrów, rozmieszczonych w trzech wieżach (dwie w superpozycji na dziobie i jednej rufowej) mogły razić cele w odległości 18, 2 kilometra, a ich duża szybkostrzelność (czas przeładowania dział wprawnej załodze zajmował osiemnaście i pół sekundy!) wyrównywała szanse w walce z pancernikami. Dodatkowo okręt uzbrojono w osiem dział 152 milimetry o zasięgu 5 kilometrów i artylerię uniwersalną pod postacią ośmiu dział 100 milimetrów. Obronę przeciwko samolotom, oprócz wspomnianych „setek” uzupełniało dwadzieścia osiem działek 37 milimetrów i dwanaście najcięższych karabinów maszynowych kaliber 12,7 milimetra. Poklepałem z czułością pancerz, który w najgrubszym miejscu (barbety wież głównej artylerii i czołowa gródź cytadeli okrętowej) miał 33 centymetry. Mam nadzieję, że nie zawiedzie nas w boju – pomyślałem. Widziałem wiele porządnych okrętów, które poszły na dno, gdyż ich opancerzenie było niewystarczające – wbrew zapewnieniom aparatczyków z politbiura – i podczas walk z ciężkim przeciwnikiem były dziurawione jak sito…

Stanąłem przed swoją kajutą, nabrałem powietrza, próbując się uspokoić i gwałtownie otworzyłem stalowe drzwi. Przestraszony zampolit poderwał się z miejsca.

– Towarzyszu kap…

– Co wy tu do ciężkiej cholery robicie, Gałuszkin?! – ryknąłem, celowo pomijając jego stopień. – Czy dowódca nie ma prawa do prywatności na własnym okręcie?!

– Ale towarzyszu kapitanie, – Gałuszkin odzyskał rezon – jako oficer polityczny mam prawo i obowiązek nadzorować całą załogę! Zdrajcy Rodiny i wrogowie rewolucji są nawet wśród wyższych oficerów!

Zamknąłem z trzaskiem drzwi i z wściekłą miną podszedłem do tego szczurka z NKWD zbliżając swoją twarz do jego, znowu przestraszonej fizjonomii.

– Posłuchajcie, bydlaku, mam w dupie to skąd jesteś, na tym okręcie jest jeden dowódca, ja i nie pozwolę sobie, by taka gnida, która nigdy prochu nie wąchała, oskarżała mnie, że nie służę wiecznie matuszce Rosji, czy to jasne, towarzyszu??!!

– Ttttaaakk jjjeeesstt… – wyjąkał przerażony. Dotąd nikt się mu nie przeciwstawił…

– Dajcie kopertę z dowództwa!

Podał mi dużą, sztywną, jasnobrązową kopertę z ukruszoną lakową pieczęcią.

– Co to ma znaczyć towarzyszu, dlaczego pieczęć jest naruszona?!

– Towarzyszu kapitanie, mam prawo przejrzeć rozkazy, moja pozycja…

– Wasza pozycja gówno mnie obchodzi – warknąłem – nie chcecie chyba skończyć jak wasz poprzednik?

Major przełknął gwałtownie ślinę. Nie dziwiłem się, jego poprzednik tak zalazł za skórę załodze i oficerom, że pewnego dnia wypadł za burtę. Z kawałkiem linki sygnałowej. Troskliwie zaciśniętej na jego szyi. Dziwnym trafem, sprawców nie znaleziono, a w oficjalnym raporcie stwierdzono, że prawdopodobnie popełnił samobójstwo. Choć w sumie nie dziwiłem się tym osłom z NKWD. W końcu towarzysz Dzierżyński też według nich popełnił samobójstwo, strzelając sobie w potylicę… cztery razy…

Zerwałem resztki pieczęci i usiadłem za biurkiem studiując rozkazy i mapy. Gałuszkow tymczasem rozwalił się w fotelu w kącie kajuty.

– Kto wam pozwolił usiąść! – ryknąłem

Przerażony zerwał się na nogi.

– Udać się na swoje stanowisko, i poprosić nawigatora o wykreślenie kursu na tą pozycję – podałem mu kartkę z zapisanymi współrzędnymi – Ja za chwilę przyjdę. Wykonać!

– Na rozkaz! – Wrzasnął, strzelił obcasami i wypadł z kajuty, mało nie wywracając mającego właśnie zapukać pierwszego oficera.

Iwan Iwanowicz Kalinin szczerząc się niemiłosiernie wszedł do kabiny i zamknął za sobą drzwi.

– Coś ty mu Lonia zrobił? – zapytał ze śmiechem – Pierwszy raz widziałem obszczanego ze strachu zampolita.

– Wiesz Wania, jak bardzo kocham tych partyjnych karierowiczów… – mrugnąłem do niego i wyjąłem dwa stalowe kubki, do których nalał podejrzanie wyglądającej cieczy z butelki, która magicznie pojawiła się w jego wielkiej dłoni.

– Co to jest? – zapytałem – paliwo okrętowe?

– Nie mam pojęcia – Wania szczerze się roześmiał – Bosman Kokoszyn pędzi to w drugiej maszynowni, więc możesz być bliski prawdy…

Wyszczerzyłem się do niego i stuknęliśmy się kubkami.

24 grudnia 1942 roku. Na północny zachód od Murmańska. Godzina 0300. Prędkość 20 węzłów.

Od dwóch dni szliśmy na spotkanie grupy bojowej Aliantów, tworzącej daleką osłonę wielkiego konwoju PQ-21, wiozącego materiały wojenne z USA do Rosji. Ponieważ brytyjski wywiad przechwycił informacje, że na przejęcie konwoju ruszyły duże siły państw Osi, w których skład wchodziły między innymi pancerniki F. Der Grose i Tirpitz, oraz ciężkie krążowniki Hipper i Roon, a także, prawdopodobnie lotniskowiec Graff Zeppelin. Wraz z naszym okrętem, jako wsparcie dla grupy bojowej szedł krążownik Donskoj, a osłaniał nas niszczyciel Udałoj.

– Towarzyszu kapitanie, statki z lewej burty!

Podszedłem do okien mostka i spojrzałem w dal przez potężną, morką, nocną lornetę. Równe rzędy głęboko zanurzonych transportowców, wśród których przeważały produkowane taśmowo statki typu Liberty. Wokół nich pracowicie uwijały się zwinne niszczyciele i mniejsze niszczyciele eskortowe, które smagały wodę wiązkami impulsów akustycznych z ASDIC-u w poszukiwaniu ukrytych w głębinach niemieckich U-Boot’ów.

– Przesłać aldisem nasze znaki rozpoznawcze i życzyć powodzenia – rozkazałem, a sam podszedłem do stołu nakresowego, nad którym pochylali się pierwsze z nawigatorem.

– I co tam, Wania? – zagadnąłem

– Powinniśmy spotkać się z Brytyjczykami i amerykanami zaraz po wschodzie słońca – Odparł pierwszy. – Na szczęście dla nas stan morza się pogarsza, co powinno przeszkodzić U-Bootom w atakach.

Nagle rozkrzyczał się głośnik komunikacji wewnętrznej. – Radio do dowódcy! Pilny radiogram od Grupy Bojowej! Złapałem za „gruszkę” mikrofonu.

– Tu kapitan, przeczytać!

– Tak jest, towarzyszu kapitanie. „Tu USS Missouri, jesteśmy atakowani przez duże siły nawodne wroga! Kronsztadt, prosimy pospieszcie się!”. Koniec wiadomości.

– Odpowiedzieć: „Idziemy z pełną prędkością, dojdziemy w ciągu godziny. Trzymajcie się towarzysze!”. Zaszyfrować i wysłać!

– Tak jest!

Odwróciłem się do pierwszego – Ponad cała na przód! Kurs 270! Ogłosić alarm bojowy!

24 grudnia 1942. Godzina 0440.

– Towarzyszu kapitanie, rozbłyski dział, pięć stopni w prawo od dziobu!

Poderwałem się z fotela i podszedłem do okien pomostu bojowego. – Pięć oczek na sterburtę, towarzyszu Milnikow! – Sternik powtórzył komendę i obrócił kołem sterowym wprowadzając okręt na nowy kurs.

– Tu dalocelownik! Na wprost przed dziobem niemiecki krążownik! Typ Hipper! Odległość 19 kilometrów!

– Tu dowódca, wieże pierwsza i druga, cel krążownik wroga, po wejściu w zasięg otworzyć ogień!

Okręty zbliżały się do siebie nie ubłagalnie. Wróg był zajęty obrabianiem jakiegoś brytyjskiego krążownika, chyba Edinburgh’a, dzięki czemu był do nas pięknie ustawiony lewą burtą, podczas gdy działa miał skierowane w prawo. Nagle cały okręt zadrżał, gdy dziobowe wieże wypluły z rykiem sześć pocisków kalibru 305 milimetrów, które zaczęły swój śmiercionośny lot w kierunku burty wroga. Przez lornety obserwowaliśmy przeciwnika, gdy nagle wokół niego wystrzeliły w powietrze potężne gejzery wody. Chwyciłem za mikrofon łączący mnie z centralą artyleryjską – Obramowanie, wprowadzić poprawki i strzelać jak na pokazach! – Tak jest!

Po chwili kolejne sześć dużych argumentów pędziło w kierunku wroga, by po kilku sekundach uderzyć w cel, rozbijając nadbudówki, przebijając burty i wzniecając pożary.

– Niemiec zmienia kurs, Towarzyszu kapitanie!

– Zwrot o 15 stopni na bakburtę, wprowadzimy do boju wieżę nr 3!

Okręt idący pełną prędkością 33 i pół węzła pochylił się nieznacznie w zwrocie i po chwili dziewięć dział bluzgnęło ogniem z luf, zasypując wroga radziecką stalą. Ostrzał zaczął przynosić skutek. Hipper, zasypywany pociskami przez nas i przez Brytyjczyka płonął od dziobu do rufy, wyraźnie zwalniając. W międzyczasie zbliżyliśmy się do niego na odległość niespełna pięciu kilometrów i do akcji włączyła się również średnia artyleria, która swoimi pociskami masakrowała pokłady i wybijała niemieckich marynarzy.

Nagły huk. Potężny wstrząs rzucił nas na pokład. Ponad grzmot dział wznosił się coraz głośniejszy ryk uchodzącej pary, a okręt wyraźnie zwolnił.

– Oberwaliśmy w śródokręcie za pierwszym kominem! – krzyczał głośnik – Katapulta rozbita, zniosło lewo burtowe stanowisko dział 152 milimetry, uszkodzenia w pierwszej maszynowni!

Pozbierałem się jakoś z podłogi, no dobra, w sumie podniosły mnie wielkie łapska pierwszego, który dziwnym trafem nie został sprowadzony do pozycji horyzontalnej, tylko próbował opanować sytuację. Podkuśtykałem do wybitych okien z lewej strony i spojrzałem przez lornetkę. Zza zasłony deszczu wyłoniła się potężna góra stali plująca ogniem ze wszystkich luf. Cholerny Tirpitz, zmieliłem w ustach przekleństwo.

– Wysłać grupy naprawcze do maszynowni, jak najszybciej dać pełną moc!

Nagle, w odległości kilku kabli od naszej lewej burty pokazał się zgrabny niszczyciel z biało czerwoną banderą, dumnie powiewającą na flagsztoku i idąc na pełnej parze pomiędzy nami a niemieckim pancernikiem postawił zasłonę dymną. Ci z nas którzy to zobaczyli ryknęli z radością na cześć sojusznika. W międzyczasie udało się zrobić obejście rozbitej magistrali pary i okręt znowu rozwijał pełną moc. Nagle po prawej burcie pokazał się potężny błysk, a fala uderzeniowa rzuciła nami o ściany. To wybuchł niemiecki krążownik, który był już tylko dwa kilometry od nas.

– Zwrot w prawo! Wszystkie działa w kierunku pancernika!

– Rozkaz!

Okręt położył się w ostrej cyrkulacji, równocześnie rufowa wieża otworzyła zza zasłony dymnej ogień do Tirpitza, który z kolei musiał się uchylać przed torpedami wyrzuconymi z niszczyciela. Nagle, w odległości sześciu kilometrów wyłonił się potężny amerykański Missouri, który mimo pożarów prowadził niszczycielski ogień ze swoich potężnych, 406 – ścio milimetrowych dział, masakrując niemiecki pancernik. Nagle Gałuszkin, który przerażony kulił się w kącie pomostu, wrzasnął rozdzierająco – Szwabski niszczyciel od prawej burty!!!

Nie mieliśmy czasu na reakcję. Jedna z wystrzelonych torped przyładował nam w dziób, tuż przed wieżą nr 1, powodując zerwanie instalacji elektrycznej i hydraulicznej, przez co wieża zastygła w położeniu „lewo czterdzieści”.

Rzuciłem się do mikrofonu – Szkopski niszczyciel 5 kilometrów od dziobu, przesuwa się w lewo, prędkość około 35, 40 węzłów! OGNIA!!!

Wszystkie ocalałe działa odwróciły się w kierunku zwinnego okrętu i plunęły ogniem. Gdy opadła woda i dym, zobaczyliśmy tylko puste morze. Nieprzyjaciel po prostu zniknął.

– Grupa ratowniczo – remontowa do dowódcy!

– Mówcie, Mielechin!

– Towarzyszu kapitanie, torpeda trochę nam namieszała, bierzemy wodę. Musieliśmy zalać magazyn wieży nr 2, sugeruję oderwać się od wroga i wracać do bazy!

– Dziękuję, Misza, zróbcie co w waszej mocy. Radio?

– Tak Towarzyszu dowódco?

– Przekazać do dowódcy zespołu na Missouri: „Mam poważne uszkodzenia, wycofuję się, idę najkrótszą drogą do Murmańska!”

– tak jest!

Popatrzyłem na poharatany okręt i zwróciłem się do pierwszego.

– Jakie straty, Wania?

– Straciliśmy lewo burtowe stanowiska dział 152 milimetry. Wieża nr 1 wyłączona z akcji. W wieży nr 2 tylko dwadzieścia pocisków ze względu na zalany magazyn. Radar rozbity, hydro uszkodzone – naprawiają, w maszynowni pierwszej nadal przecieki pary na głównej magistrali. Mamy czterdziestu zabitych i kilka dziesiątek rannych…

Zasępiłem się. – Radio do dowódcy! Wiadomość od dowódcy zespołu: „Kronsztadt, przyjęliśmy! Powodzenia, dajemy wam do osłony niszczyciel ORP Błyskawica. Dzięki za pomoc i spokojnej drogi. Bóg z wami!”. – Spojrzałem na pierwszego – No Waniuszka, znowu nam się upiekło, co?

Uwaga! Powyższe wydarzenia nigdy nie miały miejsca! Wszystkie wydarzenia i postaci są wytworami chorej wyobraźni autora!

Podsumowanie.


Chociaż prawdziwy Kronsztadt nigdy nie został ukończony, to w grze sprawuje się całkiem sympatycznie. Okręt ma na razie status WiP, więc jego charakterystyki mogą ulec jeszcze zmianie, jednak na chwilę bierzącą jest bardzo fajnym okrętem. Przy wykrywalności (bez perków na kapitanie!) rzędu 12,9 kilometra i bardzo celnym działom (zasięg ponad 18 km!!!) można siać nim zniszczenie wśród krążowników i niszczycieli przeciwnika. Niestety, podczas walki z wrażymi pancernikami wychodzą niedostatki pancerza. Jak jeszcze z pancernikami na VII i VIII tierze, po ustawieniu się do nich dziobem, pancerz w miarę nas chroni (a p-pance często rykoszetują), tak na tierach IX i X, na widok pancerników najlepiej zastosować francuską taktykę, to znaczy „RATUJ SIĘ KTO MOŻE!!! 😉 Mimo tych niedostatków pancerza i mojej ogólnie kiepskiej gry krążownikami, ten bardzo mi się podoba i moim zdaniem jest wart polecenia (przynajmniej w obecnej konfiguracji).

Okiem imć Baruli:

  • Wielki jak pancernik
  • Kiepska zwrotność
  • Fajne działa
  • Podoba mnie się

Mniej więcej tyle wyłowiłem z „ochów” i „achów” wydawanych przez mojego redakcyjnego kolegę…

Coś więcej?

Cóż, zgodzę się z Barulą, że w pierwszej kolejności trzeba zainstalować Modyfikację 2 Układu Sterowania, gdyż zwrotność jest bardzo problematyczna 😉 Przepraszam Was również, że tak długo czekaliście na ten tekst, ale nawał innych obowiązków mnie delikatnie przytłoczył. Tak więc nie martwcie się, następne opowiadania – recenzje powoli się piszą i niebawem do Was dotrą!

Powodzenia Kapitanowie!

Paweł Lex Lemański


Lex

Były żołnierz, fascynat broni palnej, marynista, historyk (Barula twierdzi, że "histeryk" ;) ), rekonstruktor historyczny. W redakcji wprowadzam totalny chaos i zamieszanie (Lex, gdzie te recenzje??!!), i notorycznie wkurzam kolegów - redaktorów.

6 komentarzy

  1. Blaszany napisał(a):

    Bardzo fajna historyjka! Pozdrawiam!

  2. Sareth1985 napisał(a):

    Świetnie się czyta te opowiadania. Dobra robota. Pozdrawiam 😀

  3. Angrymucha napisał(a):

    I dzień staje się lepszy, pomimo tak długiego oczekiwania na kolejną historię. Ze strachem przeglądałem rykoszet codziennie, a historie się nie pojawiały, ale od dziś będę spał spokojniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.